Lektura obowiązkowa

Jeśli chodzi o listę lektur szkolnych, od dawna nie wiem, co w trawie piszczy. Sama mam szkołę już dawno za sobą, a moim dzieciom jeszcze trochę czasu do niej zostało. Niemniej jednak, książki mają w naszym domu znaczące miejsce, dlatego postanowiłam położyć kres własnej ignorancji w tym temacie.

Przeglądając moje ulubione strony, znalazłam tekst przedstawiający nową listę lektur przygotowaną dla klas IV-VIII szkoły podstawowej. Jeśli chcecie się z nią zapoznać, zerknijcie TUTAJ-klik.

Sama lista nie wzbudziła we mnie wielkich emocji. Jedne pozycje pamiętam jeszcze z czasów własnej podstawówki. Inne wywołały moje zaskoczenie, bo nie miałam przyjemności omawiać ich w szkole. Jednak na podstawie własnych doświadczeń czy gustu trudno mi oceniać, czy wybór jest właściwy czy też nie. Być może, kiedy moje dzieci będą w wieku szkolnym, moje zdanie bardziej się skrystalizuje. Pedagogiem nie jestem, ani znawcą literatury. Zresztą nie konkretne lektury zaprzątnęły mi głowę.

Jak to w wirtualnym świecie bywa, pod tekstem nawiązała się dyskusja. Ile głów, tyle opinii, w końcu różnimy się między sobą pod wieloma względami, dotyczy to także gustów i własnych doświadczeń. Dlatego też opinie były różne, jedne rzeczoną listę krytykowały, inne mówiły, że nie jest źle.

Jako, że lubię zwracać uwagę na szczegóły, zainteresowała mnie teza, zawarta w którymś z komentarzy, mówiąca, że przez takie skostniałe, przestarzałe zestawienie, czytelnictwo, i tak już przecież kulejące, padnie całkowicie. Ta czarna wizja trochę mnie zdziwiła, trochę zmartwiła i nasunęła kilka przemyśleń, pytań i wniosków.

Idealna lista lektur

Pierwsza myśl, jaka mi się nasunęła to, że przecież niemożliwe jest stworzenie idealnej listy lektur. Przez wieki powstało wiele wartościowych dzieł i wciąż powstają nowe. Poza tym ludzie, różnią się pod względem gustów, zainteresowań i dzieci również to dotyczy. Jedni lubią powieści przygodowe, inni obyczajowe albo historyczne. Mnie ciągnęło do kryminałów, (których w kanonie lektur nie było) i w podstawówce czytałam np. „Przygody Sherlocka Holmesa” Arthura Conan Doyle’a czy książki Joanny Chmielewskiej, czym doprowadzałam do rozpaczy moją nauczycielkę od polskiego.

Drugą sprawą jest dojrzałość. Rozwój dziecka od czasu jego narodzin jest sprawą indywidualną, a później poza biologicznymi czynnikami w grę wchodzą również inne. Przez to niektórzy są gotowi wcześniej inni później do zmierzenia się z daną lekturą. Najlepszym rozwiązaniem byłoby dobieranie pozycji czytelniczych dla każdego ucznia osobno, ale w realnym świecie nie da się tego przeprowadzić. Jednak nawet w zderzeniu z trudną lekturą, uczeń nie pozostaje sam, dużą rolę odgrywa tu nauczyciel, który ma za zadanie pomóc w zrozumieniu, objaśnić, nakierować na to, co jest istotne. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdy nauczyciel wypełnia tę rolę właściwie, ale wielu jednak to potrafi. Dobrze by było, gdyby to oni, Ci doświadczeni w pracy z dziećmi, znający temat od podszewki, mogli mieć decydujące zdanie o tym, co i na jakim etapie powinno się znaleźć w kanonie lektur.

Jaki jest cel?

Zastanowiło mnie również, czy jedynym lub głównym celem czytania i omawiania lektur w szkole jest zachęcenie do czytania w ogóle? Oczywiście, dobrze by było, żeby szkoła wzbudzała w dzieciach chęć do czytania, wydaje mi się jednak, że za tym kryje się coś więcej.
Bo czy spotkanie z literaturą nie ma poszerzać wiedzy? Choćby o tym, skąd się wywodzimy, o naszych korzeniach? Czy nie ma przybliżać historii, nie tylko tej krwawej i doniosłej, ale i takiej codziennej? Jak ludzie żyli, co myśleli, czym się kierowali w życiu? A może to jest już dziś nieistotne? Czy nie ma pokazać, że ludzie przez całe dzieje tworzyli i tworzą nadal, mimo iż świat ulega przemianom? Czy nie ma uświadomić, że choć czas przemija, świat idzie do przodu, ale istnieją prawa, które bez względu na to pozostają ważne? Czy nie ma wzbudzać empatii, wrażliwości? Czy nie ma wzbogacać słownictwa, języka i pozwalać mu trwać w jego pięknej formie? Czy może tego dokonać bez sięgania do klasyki?
Być może się mylę, ale moim zdaniem, lektury szkolne mają bardzo szeroko zakreślony cel. Tu znów wypada wspomnieć o roli nauczyciela, który prowadzi dzieci przez tę zawiłą drogę. Nie wszystkie dzieła są przyjemne w czytaniu, wydają się przestarzałe w zderzeniu z dzisiejsza rzeczywistością. Jednak czy one na pewno nie mają żadnej wartości?

Rodzicu nie trudź się

W obliczu czarnego scenariusza, mówiącego, że lektury szkolne zniechęcą moje dzieci do czytania, zadałam sobie pytanie, czy naprawdę moja praca pójdzie na marne?
Jak już pisałam, książki w naszym domu zajmują bardzo ważne miejsce, Dlatego niemal od urodzenia dzieci, staram się zaszczepić w ich sercach miłość do słowa pisanego. Nie czekam z założonymi rekami, aż szkoła zrobi to za mnie.

Naszym codziennym rytuałem jest czytanie na dobranoc. Niektóre bajki znam już na pamięć, ale jeśli tylko chłopcy sobie tego życzą, czytam po raz kolejny. Dziecięca biblioteczka rośnie w oczach, gdyż nie ma prezentu bez książki. Wybór książek dla dzieci jest ogromny, budżet ograniczony, nie możemy mieć ich wszystkich, dlatego, choć dzieci jeszcze nie potrafią czytać, regularnie odwiedzamy bibliotekę.

Moje życie było wypełnione książkami. Miłości do nich nauczyłam się w domu i teraz chcę ją przekazać moim dzieciom. Martwi mnie stwierdzenie, że moje działania może zniweczyć nudna lektura szkolna. Czy faktycznie starcie z trudną, skostniałą, przestarzałą bądź zwyczajnie nudną książką  ma moc, aby wygasić rozpalaną i pielęgnowaną od urodzenia miłość do literatury? Mam nadzieję, że nie.

Być może ten tekst wyda się niektórym zwykłym czepianiem się szczegółów i rozdmuchiwaniem nic nieznaczącego wątku. Fakt jest jednak taki, że poziom czytelnictwa wśród Polaków nie poraża swoją wielkością, a opinie, że winna jest temu szkoła, są częste. Tylko czy faktycznie lista lektur obowiązkowych jest tak znaczącym elementem? A może problem leży całkiem gdzie indziej? Jak myślicie?

Reklamy

16 comments

  1. Niektóre lekturki zdziwiły mnie, że są jako uzupełniające, a nie obowiązkowe, jednak jakiejś dużej różnicy nie ma w porównaniu do sytuacji sprzed chociażby 8 lat, kiedy to byłam z 5 klasie jak mój brat 😉

  2. Widziałam nową listę lektur. Problem nie tkwi w treści a w podejściu nauczyciela. Mówię na podstawie własnych doświadczeń. Można zainteresować mlodych ludzi każdą książką. Nie tylko robić sprawdziany i odpytywanie z treści, ale wyjść na przeciw oczekiwaniom ciekawych świata ludzi. Zorganizować lekcje w interesujący sposób, dac im odkryć jakieś ciekawostki z życia autora itp. Kurcze ale mam pomysłów na taką lekcję 🙂 ale cóż nigdy ich nie zrealizuje w szerszym gronie, ale z Młodą sprobuje 🙂

    1. Widzę, że mamy podobne zdanie. Bardzo ubolewam nad tym, że niewielu nauczycieli umie trafić do swoich uczniów. Często jest też tak, że nie mają na to warunków albo pozwolenia „z góry”. Wiele szkół nie toleruje innowacyjnego, kreatywnego, wychodzącego poza wytyczne podejścia do ucznia. Szkoda. A jeśli nie będę w stanie sama znaleźć sposobu na moich młodych czytelników, to przyjadę do Ciebie na szkolenie 😉

  3. To, że lubisz zwracać uwagę na szczegóły, to ja już dobrze wiem 😉
    A co do listy lektur, to nie zgłębiałam tematu, ale Ojciec na Szczycie mi mówił, że są na niej np. „Igrzyska śmierci”, a nie ma za to wielu polskich klasycznych dzieł literatury i jako tradycjonalistce, mnie się to nie podoba.

    1. Pisząc zdanie o szczegółach, myślałam o Tobie 😀
      Nie wiem, czy ta lista będzie aktualna, kiedy moje dzieci pójdą do szkoły, ale jeśli nawet to będę się starać zapoznać ich z klasykami, bo faktycznie sporo ich ubyło.

    1. Listy lektur dla najmłodszych nie sprawdzałam, a skoro Ciebie przeraża, to nie wiem, czy chcę ją poznać 😉 Mam nadzieję, że moje chłopaki nie wyrosną z czytania i jak Twoja córka, będą molami książkowymi. Wtedy żadna lektura nie jest straszna 🙂

    1. Przyznam, że nie znam tej książki. Za moich czasów (bosz… jak to brzmi :P) nie było jej, a zanim przyjdzie mi się naprawdę mierzyć z listą lektur, tzn. moim dzieciom, jeszcze trochę poczekam. Dobrze jednak wiedzieć, że nie taki diabeł straszny… 🙂 Dziękuję za odwiedziny, zapraszam częściej i pozdrawiam również.

  4. A ja jestem chyba w „marudnej opozycji” 🙂 Nauczycielka, blogerka i babka, która potrafiła pójść na wagary dla książki, to ja. I jednak myślę, że dobór lektur, czy jakichkolwiek tekstów jest ważny. Ja uczę angielskiego, ale widzę, że niektóre teksty (choćbym na głowie stanęła), są zupełnie kosmiczne dla 16-18 latków. To nie ich życie. Nie ich język i nie ich problemy. Mam dzieci w wieku 24, 21 i 10. Dziecko 10 przetrwało „Pinokia”. A ja mu pogratulowałam. Bo ja ( 37 lat temu) nie dawałam rady. Wierzę, że książka powinna być ciekawa. Zachęcajaca i zrozumiała. I tego życzę wszystkim dzieciom. Pozdrawiam ciepło 🙂

    1. Jesteś znacznie bliżej tematu i masz lepsze rozeznanie. Ja łudzę się nadzieją, że moje dzieciaki jakoś przetrwają starcie z tym, co im zgotuje MEN i nie porzucą czytania. A swoją drogą chciałabym również, żeby nauczyciele mieli więcej do powiedzenia w sprawie doboru materiału, bo jak pisałam, stoi za nimi doświadczenie i znajomość własnych uczniów. Pozdrawiam również.

  5. Temat stary jak szkoła i nieodmiennie budzący kontrowersje. Najlepiej według mnie temat zamykają Twoje dwa akapity pt. „Idealna lista lektur”. Takowa nie istnieje i nie może istnieć, chyba żeby wszyscy byli idealnymi klonami o identycznej historii i poglądach.

    Sam uciekałem przez całe życie od literatury, którą próbowano mi w ten czy inny sposób narzucać. Dlatego lista lektur obowiązkowych, które przeczytałem przez dwanaście lat mojej edukacji przedmaturalnej mogę policzyć na palcach jednej ręki pijanego pracownika tartaku i jeszcze mi trochę palców zostanie. Jedyna „nieprzyjemność”, która mnie z tego powodu spotkała, to trója z ustnej matury z polskiego, na której nie potrafiłem wydukać trzech zdań na krzyż o „Chłopach” Reymonta.

    Nowej listy lektur nie czytałem. Natomiast obiło mi się o uszy, że jakiś czas temu dodali do kanonu jedną z części Pięcioksiągu Wiedźmińskiego, co ucieszyło mnie niezmiernie. Od lat powtarzam również, że największa krzywdą, jaką wyrządzono uczniom za pomocą lektur obowiązkowych, to losowy wyrwany z kontekstu fragment „Polowania” z książki Lema „Opowieści o pilocie Pirxie”, który to fragment nie dość, że nie pozwala zrozumieć o co chodzi, to jeszcze nie obejmuje nawet jakiejś istotnej części opowiadania. Innymi słowy łatwiej nim do Lema zniechęcić niż zachęcić.

    Pozdrawiam zza blogowej miedzy!

    1. Niestety na to, co nakazują czytać w szkole nie mamy większego wpływu. Moim zdaniem same lektury, nawet te nieciekawe, da się przełknąć, ale wiele zależy od nauczyciela. Śmiem też postawić tezę, że o ile rodzicom uda się zaszczepić w dziecku miłość do literatury, to nawet jeśli wystąpi „lekturowy bunt”, dziecko będzie czytać i znajdzie własną drogę. Dziękuję za obszerny komentarz 🙂 Pozdrawiam

      1. Otóż to! Ja czytam od czwartego roku życia i nie wyobrażam sobie życia bez książek, co zawdzięczam w dużej mierze właśnie wspomnianemu przez Ciebie wychowaniu wyniesionemu z rodzinnego domu. Nasza córa (10 lat) teraz pochłania książki w takim tempie, że musieliśmy wydzielić osobny budżet na jej konto Amazon 😉 Co prawda czyta tylko po angielsku, ale to akurat nie ma znaczenia. Najważniejsze, że czyta dużo i z przyjemnością. A potem przyłazi i opowiada co tam wyczytała.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s