Pożeracze czasu

Czas, w całej swej względności, jest najmniej elastyczną znaną mi substancją. Doba nijak nie chce się rozciągnąć, sekundy, minuty, godziny uciekają jak szalone. A właśnie wtedy, gdy czas nagli, jest najwięcej do zrobienia lub milion ciekawych okazji pojawia się znienacka. Człowiek łapię się za głowę, skąd wziąć czas?

Oczywiście najlepiej zostać mistrzem organizacji czasu. Plan A, plan B, krok po kroku, odhaczamy zadanie i jedziemy dalej. Najlepiej, te zadania, których nie lubimy, których się boimy, ustalone priorytety, a potem reszta, włącznie z tymi, których doczekać się nie możemy, jak pasje, czas dla siebie,itp.

Ale plany sobie, a życie sobie. Dzieci, choroby, delegacje męża, nagłe wypadki, kurierzy z przesyłkami i całe stado innych wydarzeń krzyżują z mozołem zaplanowany scenariusz dnia.

Jedyne, co nas może uratować, to spokój, dyscyplina, siła nawyków, motywacja, silna wola i cierpliwość. Jednak łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Wokół czyha tyle sprytnych pożeraczy czasu. Podstępnie zakradają się, mamią swoimi sztuczkami i porywają nas do swojego świata, gdzie czas znaczenia już nie ma.

Pożeracze czasu działają podstępnie, na szczęście nie wszystkie są bezproduktywne i całkiem zgubne, nie z wszystkimi trzeba tak zajadle walczyć, a wystarczy lekko ograniczyć. Ale od początku…

Kiedyś nie miałam dzieci i wydawało mi się, że na nic nie miałam czasu. Obiad rzadko pojawiał się na stole. Porządki robiłam, gdy już niczego nie mogłam znaleźć. Przetwory domowe? Prowadzenie bloga? Czytanie książek? Spacery? Ćwiczenia? Nieosiągalne! Teraz, gdy już jestem mamą, okazuje się, że wciąż nie mam czasu, ale wykorzystuję go zdecydowanie bardziej efektywnie, w co sama nie mogę uwierzyć.

Oczywiście można założyć, że to głównie dlatego, iż nie wróciłam do pracy. Ale prawda jest taka, że przeanalizowałam swoją sytuację i klika rzeczy zmieniłam w swoim postępowaniu, a kilka zmian niejako „wymusiły” dzieci.

Z jakimi pożeraczami przyszło mi walczyć?

Po pierwsze – sen
Ja wiem, że dobry sen to podstawa zdrowia, urody i dobrego samopoczucia. Ale zanim stałam się mamą, byłam strasznym śpiochem. W tygodniu wstawałam możliwie najpóźniej, żeby tylko nie spóźnić się do pracy. W weekendy spałam do oporu, ile wlezie. Przespałam pół swojego życia, a do tego wciąż byłam zmęczona, bo wbrew pozorom, za dużo snu nie służy dobrze człowiekowi.

Gdy pojawiają się dzieci, kończy się wylegiwanie w pościeli i chyba żadnemu z rodziców nie trzeba tego udowadniać. Karmienie, nocne pobudki i wędrówki, wczesne wstawanie, czuwanie w chorobie. Mogłoby się wydawać, że to minus bycia rodzicem. Ja się z tego cieszę, mam dłuższy dzień, więcej mogę zrobić i pomimo krótszego snu, mam zdecydowanie więcej energii do działania. ( No dobra, czasem nie mam jej wcale, ale to wyjątki potwierdzające regułę.)

Po drugie – praca
Nie chodzi mi o czas, który spędzałam w pracy, ale fakt, że brałam ją do domu. Jeśli nawet nie miałam jakichś spraw do nadgonienia, to sporo czasu zajmowało mi planowanie kolejnego dnia, próby znalezienia rozwiązań jakiegoś problemu lub zwyczajne zamartwianie się o powodzenie tego, czy tamtego przedsięwzięcia. Nie mówiąc już o zadaniach, które musiały zostać zrobione tu i teraz, bez względu na to, która godzina wybiła na zegarze.

Ten problem zniknął, ponieważ zostałam w domu. Doszłam jednak do wniosku, że można było go rozwiązać inaczej. Lepiej zorganizować pracę, wykazać się większą asertywnością i przede wszystkim nie brać odpowiedzialności za coś, co nie zależy ode mnie.

Po trzecie – telewizja
To pożeracz czasu numer jeden. Król wszystkich pożeraczy. Omamia i ogłupia, dając złudną satysfakcję i prowizoryczne poczucie szczęścia. Dotarło to do mnie, gdy któregoś dnia mój mały synek bawił się obok mnie na podłodze, a ja bezmyślnie patrzyłam na jakieś głupoty w stylu ” Dlaczego ja?” albo coś podobnego. Tego dnia wyłączyłam telewizor i zastanowiłam się, co mnie tak naprawdę tam ciągnie.
Seriale? Owszem to miła rozrywka, ale czy nie mam swojego życia, swoich problemów do rozwiązywania i swoich wzruszeń do przeżywania?
Talent show? Miło jest popatrzeć na utalentowanych ludzi, ale jeśli wygrywa nie talent, ale historia, która ma jedno zadanie – sprzedać się, to dla mnie jest oszustwo.
Telewizja śniadaniowa? Ciekawostki i informacje, może i przydatne, ale nigdy nie wyczerpujące tematu, traktowane powierzchownie, a często nikomu do niczego niepotrzebne, da się bez nich obejść.
Programy informacyjne? Przez jakiś czas nie potrafiłam z nich zrezygnować, bo w końcu człowiek chce być świadomy, co się w kraju, świecie dzieje. Ale szybko doszło do mnie, że programy informacyjne nie dostarczają tego, czego potrzebuję. Sensacja goni sensację, tragedia tragedię. Informacje są niepełne i mało rzetelne, przedstawiane bez kontekstu lub w „odpowiednim” kontekście. A na domiar złego, są za mnie interpretowane, bo media uznały, że ich odbiorcy to banda idiotów, którzy nie potrafią wyciągać własnych wniosków.
Nie uciekłam od telewizji całkiem, ale nie spędzam w jej towarzystwie całego dnia i jestem zdecydowanie bardziej spokojna, a odzyskany czas mogę trwonić na coś ciekawszego. I nie bombarduje mnie milion reklam na sekundę, nie tworzę zatem sobie nowych potrzeb, co zdecydowanie ulżyło mojemu portfelowi.

Po czwarte – palenie papierosów
Oczywiście, ten nałóg to przede wszystkim pożeracz zdrowia i pieniędzy, ale zabiera również mnóstwo czasu. Puszczenie dymka to ok. 5 minut – nigdy nie lubiłam palić w pośpiechu. Jeśli wypala się paczkę dziennie to już 100 minut. W moim domu się nie pali, trzeba wyleźć na balkon, więc spędzałam niemal 2 godziny na balkonie, a tam obiadu nie ugotuję, prania nie zrobię, mogę sobie co najwyżej w niebo popatrzeć. Na szczęście to już za mną.

Po piąte – gry, łamigłówki i „escapy”
Jestem maniaczką gier różnych, głównie logicznych, ale przygodowe też są w moim guście. Już w dzieciństwie dawałam tego oznaki. Jeszcze zanim komputerowy pasjans opanował świat, miałam już przerobioną Wielką księgę pasjansów i dzięki obserwacji nauczyłam się różnych gier karcianych, w tym ukochanego remika, w którego niestety nie mam, z kim grać. Prawdziwych kart używam rzadko, ale mamy przecież internet, który otworzył przede mną świat gier typu escape, ukrytych przedmiotów, gier słownych, sudoku, nonogramów oraz przyjemnych przygodówek i innych prostych – „odmóżdżajacych” . Z tym pożeraczem nie do końca sobie poradziłam. Głównie dlatego, że to lubię. Ale drugim powodem jest fakt, że jest to mój sposób na problemy, a raczej ucieczka od nich. Zamartwianie się nad wyraz to cecha, z którą walczę od dawna, ale postęp jest nikły. Angażująca umysł gra pozwala nie myśleć o problemach, dlatego, gdy dopada mnie kryzys daję się porwać w świat gier. Ale wybieram te ograniczone czasowo, więc nie ginę na całe tygodnie, dzieci mają co jeść i ogólnie wszyscy są zadowoleni.

Po szóste – internet
To kopalnia bez dna. Można się zatracić. Jest masa ciekawych miejsc, z których można czerpać wiedzę, rozrywkę, informacje, przydatne porady. Nie spędzam wiele czasu na studiowaniu facebookowych tablic znajomych, ale blogi to już inna bajka. Do tego różne webinary, szkolenia on-line. No i oczywiście inspiracje, inspiracje, inspiracje. Staram się nie dać wciągnąć w ten wir, ale zdarza mi się zarwać przez to noc. Dlatego ograniczam swój czas przebywania w necie. Zazwyczaj wykorzystuję drzemkę dzieci do tego, aby zagłębić się w blogosferę, a jeśli coś zostaje na wieczór to ustawiam czas – godzinę i nie przekraczam limitu, bo na życie rodzinne i małżeńskie też musi go starczyć.

Po siódme – książki
Chociaż kocham czytać, to czynność ta również połyka czas w zastraszającym tempie. Muszę przyznać, że zdarza mi się zarwać noc lub zawalić plan dnia tylko dlatego, że „jeszcze tylko jeden rozdział”. Nie mam na to sposobu. No chyba tylko tyle, że powtarzam sobie: Dobra książka! Zostaw trochę na później, ale to nie zawsze działa 🙂 Mimo wszystko, książki są o wiele lepsze niż seriale, dlatego chętnie marnuję czas w ten sposób.

Po ósme – blog
Jeden z moich ulubionych pożeraczy 🙂 pisanie, nawet jeśli nie przychodzi mi lekko, bo przecież nie zawsze wena dopisuje, jest zajęciem, które uwielbiam. Od zawsze tak było, jednak od niedawna jestem tego w pełni świadoma – jakkolwiek głupio to brzmi. Nawet kiedy nie prowadziłam bloga, pisałam wiersze, robiłam zapiski rodzinne, skrobałam listy do innych, do siebie lub bez adresata. Blog dał szansę usystematyzowania się w tym procederze. I choćby dlatego nie żałuję ani minuty bez telewizji – mam bardziej otwarty umysł, a zyskany czas chętnie wykorzystuję na przelewanie myśli na papier. I głowa zawsze trochę lżejsza, i z pożytkiem dla innych.

Po dziewiąte – pasja
Pasje bywają różne, ale jakiekolwiek przybrałyby kształty, pożerają czas i to nie wiadomo kiedy? jak? Właściwie tu powinnam wspomnieć o moim pisaniu, bo nosi ono znamiona pasji, ale różni się nieco od moich pozostałych koników. A głównie chodzi mi o rękodzieło, choć w moim przypadku to raczej zwyczajne prace ręczne, czyli samodzielne, możliwie tanie i proste upiększanie świata wokół siebie. Uwielbiam ozdabiać różne przedmioty. Puszki, puzderka, pudełeczka, ramki, ściany, meble, ubrania… nie wszystko mi wychodzi, ale taka dłubanina daje mi mnóstwo satysfakcji i radości. Na to również nie szkoda mi czasu, jeśli uda się go wygospodarować.

I po dziesiąte – życie w ogóle
Być może to zbyt filozoficzne podejście, ale macierzyństwo i odrzucenie zbędnych w moim życiu spraw, pozwoliły poczuć, że żyję naprawdę. Nawet prozaicznych czynności jak pranie, sprzątanie, gotowanie, nie kojarzę już z marnowaniem czasu. Wiem, po co i dla kogo to robię. Przychodzi mi to łatwiej i szybciej. Czas spędzony z dziećmi, zabawa z nimi, obserwacja nie mogą konkurować z niczym innym i chętnie „marnuję” swój czas również na to. Tak! Jestem kurą domową i dla niektórych moje życie jest nudne i monotonne. Sama kiedyś tak je odbierałam. Zmieniłam jednak podejście i teraz moje własne życie pożera mój czas jak najlepszy serial, najlepsza książka. Dlatego nie żałuję ani minuty i robię wszystko, żeby pożerało tego czasu jak najwięcej, bo mam je tylko jedno i chcę wykorzystać tyle, ile tylko mogę.

Wystarczy odrzucić to, co zbędne, zaakceptować to, co konieczne i cieszyć się tym, co przyjemne. Pożeracze czasu (niektóre) mogą pracować na naszą korzyść, trzeba tylko je ugryźć od odpowiedniej strony.

A jak u Was? Walczycie z jakimiś upartymi pożeraczami?Pozbyliście się jakichś ostatnio, a może przyplątały się nowe? No chyba, że zaglądają tu sami mistrzowie organizacji? Podzielcie się swoimi historiami w komentarzu tu lub na FB Zbioru bzdurrr…

Reklamy

9 comments

  1. U mnie pożeraczem jest internet, ale bez niego prowadzenie bloga by nie było możliwe 🙂
    Poza tym zaglądając na inne blogi poznaję fajne dziewczyny!
    TV oglądam tylko wieczorem, gdy z mężem odpalamy jakiś film lub serial 🙂 Zamiennie z czytaniem książek 🙂

    1. To prawda, że dzięki blogom można poznać wiele fantastycznych osób. Poza tym dostarczają wiele ciekawych informacji, a jeśli masz pytanie, zawsze można dopytać i wyczerpać temat. Zdecydowanie wolę polecenie czegokolwiek z bloga niż zdawkowe hasło ” to jest świetne, ale właściwie nie wiem dlaczego”. 🙂

  2. Ja jestem totalnie kiepska w organizacji czasu i nawet nie próbuję go organizować, bo wiem, że mi nie wyjdzie. U nas zawsze pełen chaos i spontan 🙂
    A z tym paleniem to właśnie była jedna z przyczyn dla których rzuciłam – musiałam wychodzić na pole za każdym razem i było to zwyczajnie niewygodne, a czasem niewykonalne, jak byłam z dzieckiem sama w domu.

    1. Ja lubię się dobrze zorganizować, ale wiadomo, że przy dzieciach improwizacja i elastyczność jest w cenie. Na pełen spontan pozwalamy sobie, kiedy tata jest w domu 🙂 kiedy zostaję sama z maluchami, muszę choć trochę trzymać w ryzach czas, bo mogłoby się to skończyć różnie 😉

  3. Powiem Ci tak. Kiedyś pracowałam, studiowałam, 3 razy w tygodniu odwiedzałam siłownię i spędzałam czas jako wolontariuszka w domu dziecka. Miałam jeszcze wtedy czas na imprezy i randki:)
    Nie miałam wtedy dziecka:)
    Na początku, jak Młoda pojawiła się na świecie, całkowicie się jej podporządkowałam. Później zaczęło mnie to męczyć i zaczęłam kombinować tak, żeby mieć chwilę dla siebie i wszystko zrobione. Po jakimś czasie doszłam do momentu, że ogarniam dom, zaliczamy zabawy na powietrzu jeśli pogoda sprzyja, siadam do komputera i książek i są momenty, kiedy mogę poleżeć…czasem jednak wypadki losowe sprawiają, że wszystko szlag trafia i za nic w świecie nie mogę się ogarnąć. Przydałyby się dodatkowe godziny:)
    Nie wiem jak to będzie jak pójdę do pracy. Na początku na pewno będzie ciężko, ale z czasem się unormuje. Wydaje mi się, że nie ma jednej konkretnej recepty na sukces w tym temacie:)
    W sumie to nie wiem co u mnie najwięcej czasu pożera… wszystko co robię sprawia mi przyjemność, nie zawalam innych rzeczy, więc chyba nie ma co się czepiać 🙂

    1. Wszystkiego trzeba się nauczyć. Inaczej gospodaruje się czasem przed pojawieniem się dziecka, inaczej po. Przed Tobą teraz nowa sytuacja, ale zapewne, to też szybko opanujesz 🙂 Dodatkowe godziny przydałyby się zawsze i wszędzie, ale skoro nie ma ich skąd wziąć, trzeba nauczyć się kombinować 🙂 najważniejsze to wykorzystywać dany nam czas jak najlepiej, wg własnego gustu i tak żeby nie żałować 🙂

  4. Czytając o grach typu escape aż się walnęlam w pierś, moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina….ale cóż to przyjemne, takie oderwanie od obowiązków. Internet swoją drogą. Gratuluję rzucenia palenia 🙂 pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s