Wszystkiego nauczą się w szkole

 

Dzieci są ciekawe świata tak bardzo, że nam dorosłym wydaje się to wręcz nierealne. W swoim dorosłym życiu tyle już widzieliśmy, tyle się nauczyliśmy, że trudno nam wejść w buty dziecka. Zapominamy o tym, że te małe istotki wszystko wciąż zachwyca, dziwi i fascynuje. Co gorsza, bardzo często nie potrafimy tego wykorzystać lub nawet nie próbujemy.

Nie chcę tu wchodzić w rolę matki idealnej, co to dziecku wiedzę wpycha mimochodem na każdym kroku, a z drugiej strony na całe „zło” (czyt.telewizja, gry, lub inne mało rozwijające a ogłupiające czynności) zwyczajnie nie pozwala. Tak, mam telewizor i gry dla dzieci na telefonie, i korzystam z nich, gdy chcę w spokoju przygotować obiad albo zwyczajnie odetchnąć. Pozwalam dzieciom również czasem się ponudzić i nie wypełniam im dnia ogólno- i „szczególnorozwojowymi”. Zdecydowanie ideałem nie jestem!

Po pierwsze ideałów nie ma.
Po drugie jeśli ktoś upiera się, że ideałem jest, patrz punkt pierwszy.
Po trzecie, jeśli ktoś zarzuca ci, że coś robisz źle, no ba! patrz punkt pierwszy.
Po czwarte, jeśli wydaje ci się, że mój blog ma na celu przedstawienie mnie jako ideał, to tylko tak dla przypomnienia, patrz punkt pierwszy.

Ale, ale, wielkie ale…
Dla małych dzieci wiele rzeczy (czasem dość zaskakujących) jest interesujących: płaski kamyk, ogromny badyl, skrzynka od gazu 😉 chmura, ślimak, bzyczenie pszczoły, szczekanie psa, dotyk liścia na twarzy, czy błota na rękach i wiele więcej, jeśli nie wszystko.

Dzieci to czyste tablice, gotowe na przyjęcie niezliczonej ilości danych. Zastanawiam się, dlaczego tak rzadko wykorzystujemy tę dziecięcą cechę, choćby po to, żeby w przyszłości mogły stanąć przed nieograniczonym wyborem zainteresowań. Właśnie teraz, kiedy chłonny umysł jest otwarty na WSZELKIE doświadczenia. Dlaczego zbyt często ograniczamy się jedynie do odpowiedzi na pytania zadawane przez dziecko, a są i tacy, którzy nawet tego nie robią.

Nie jestem profesorem żadnej dziedziny, ale jakąś ogólną wiedzę posiadam, a co lepsze, wciąż mogę dowiedzieć się więcej. Dziś to nie takie trudne, jeśli w zasięgu ręki jest internet.

Dlatego, jeśli w naszym pobliżu widzimy ptaka, mówię na przykład: Popatrz ten ptak jest czarny i ma pomarańczowy dziób, posłuchaj jak śpiewa. Wiesz, to kos.

Dlatego, gdy dziecko mnie pyta o nazwę jakiejś rośliny, to mu odpowiadam, a jeśli jej nie znam, to oboje staramy się zapamiętać jakieś cechy charakterystyczne, żeby móc odnaleźć informacje o tym gatunku.

Możliwie najczęściej staram się nie czekać, aż dziecię zada pytanie, ale sama próbuję zainteresować go tym czy tamtym, najczęściej tym, co samo mi się wepchnie przed oczy.

Ale czy nie można zrobić więcej? I nie mówię tu o zapisywaniu dziecka na milion zajęć dodatkowych, modnych i w dodatku bardzo drogich. Na to przyjdzie czas, jak już preferencje dziecka trochę się zogniskują, a i wtedy zasada umiaru nadal będzie wg mnie złotą.

Wydaje mi się, że zawsze można zrobić więcej lub lepiej, trzeba mieć tylko chęć i zapał. W tym konkretnym przypadku, dobrze też schować swoje odczucia i emocje, żeby nie „zarażać” nimi dzieci. To, że ty czegoś nie lubisz, nie znaczy, że twoje dziecko będzie czuło podobnie, o ile dasz mu możliwość, aby się o tym przekonało samo. Podobnie jeśli ty coś lubisz, twoje dziecko wcale nie musi, bo nie jest twoją kopią, ale całkiem odrębną jednostką. I to się odnosi niemal do wszystkich aspektów życia. Nie możemy narzucać naszych preferencji dzieciom. Rodzice jednak często to robią, czasem całkiem nieświadomie, a czasem z premedytacją.

Patrząc na sprawę z jeszcze innej strony, odnoszę wrażenie, że niektórzy rodzice mają wyznaczony jeden cel, nauczyć dziecko czytać, pisać i liczyć, a potem to niech już się uczy samo. A prawda jest taka, że wiele można dziecku przekazać zanim nauczy się liter i cyfr. I błagam, tłumaczenie się brakiem czasu jest żałosne. Dzieci nie wymagają wielogodzinnego wykładu. Podaną w odpowiedni sposób wiedzę chłoną, ot przypadkiem. Ok, nie powiem, to wymaga trochę zaangażowania, ale czy nie chcemy dla własnych dzieci jak najlepiej?

Nie pozwolę dziecku pomalować rękami, bo się ubrudzi i wszystko dookoła. Nie pozwolę dziecku wyciągnąć zawartości szafki w kuchni, bo będzie się tłukło i kto to posprząta. Nie dam dziecku książki do ręki, bo ją podrze, poplami. Nie dam dziecku wyjść na drabinki, bo spadnie. Nie dam dziecku pochlapać się w kałuży, bo się przeziębi. Nie włączę dziecku muzyki klasycznej, bo to nudne (czyt. mnie to nudzi). Nie zapiszę dziecka na basen, bo ja też nie umiem pływać i żyję. Na tę wystawę, przedstawienie, wycieczkę nie ma co iść, przecież to nic ciekawego. Włączę mu bajkę, bo się nudzi.

Takich przykładów można znaleźć mnóstwo. A przecież zamiast tej biednej i nieszczęsnej bajki, można pooglądać z dzieckiem atlas zwierząt, roślin, architektury, mebli, motocykli, samochodów albo jakikolwiek inny. Jako dziecko spędziłam długie godziny na studiowaniu książki „Psy, rasy i ich wychowanie”- głównie dlatego, że było tam dużo zdjęć. Chyba od tego czasu nie zmieniło się tak dużo, bo uwierzcie mi, że dzieciaki nadal to lubią. Nie trzeba od razu wnikać w najdrobniejsze szczegóły, wystarczą najistotniejsze, najbardziej charakterystyczne.

Teraz na przykład mój starszy syn zafascynował się architekturą, choć nawet nie potrafi wymówić tego słowa. Na razie skupia się na przeglądaniu zdjęć w starym albumie pt. „Cuda świata. Przewodnik po skarbach cywilizacji”. Nie ślęczymy nad nim godzinami, nie wkuwamy na pamięć dat powstania budowli ani imion ich konstruktorów, ale syn rozpoznaje już np. wieżę Eiffla, wie, że jest w Paryżu, we Francji. Może kiedyś nie będzie musiał wkuwać nazw krajów i ich stolic,to będzie dla niego oczywiste.

Równie dobrze sprawdza się u nas muzyka. W naszym domu, poza tym, że słuchamy muzyki często i bardzo różnej, są też instrumenty muzyczne i pozwalamy dzieciom z nich korzystać (dawkujemy tę przyjemność ostrożnie). Ale i bez ich obecności w domu (instrumentów, nie dzieci) można pokazać zdjęcie, posłuchać brzmienia (internet to jednak ma możliwości). Można pobawić się w rozpoznawanie dźwięków (niekoniecznie instrumentalnych). Jeśli jest taka możliwość, dać dziecku zobaczyć, jak ktoś gra. Można też zamiast chodzącego w tle telewizora, którego nikt nie ogląda, włączyć muzykę, wykraczającą poza sieczkę oferowaną przez media. Na świecie tworzy się tyle pięknej muzyki, w tylu różnych formach, gatunkach. Niech dziecko ma możliwość dowiedzieć się, że poza dziecięcymi piosenkami lub, co ważniejsze, hitami typu „Ruda tańczy jak szalona” (utwór poznałam dzięki imprezie przedszkolnej), istnieje coś jeszcze. Nie trzeba dziecka od razu do filharmonii prowadzić. Nie trzeba samemu uczyć się grać, nie trzeba też od razu dziecka zapisywać na lekcje skrzypiec.

Wystarczy, mu pokazać, że istnieje coś takiego jak muzyka, sztuka, kultura, sport, przyroda, nauka. Może, któraś z tych cząstek wykiełkuje w przyszłą pasję dziecka. A twoja pasja? Masz jakąś? Pokaż dziecku, co to znaczy? Nie znasz czegoś, nie wiesz, nie unikaj tematu, posłuż się gotowym przykładem. Poszukaj pomysłów, pomocy u kogoś, kto coś wie na ten temat. Zrób z dzieckiem prosty eksperyment naukowy, zaśpiewaj, zatańcz, nawet jeśli nie umiesz, ale pokazuj, że świat to ciekawe miejsce. No chyba, że sam w to nie wierzysz, ale w tym przypadku polecam zejść do poziomu dziecka, otworzyć szeroko oczy, uszy i zmienić podejście.

Na koniec dodam, że nie warto niczego wciskać dzieciom na siłę. Z dzieckiem trzeba współpracować, obserwować, bo może dziś nie będzie chciało wcale słuchać muzyki, ale chętnie zbuduje własny bębenek. Może nie będzie chciało robić eksperymentów, ale chętnie oglądnie mapę rozgwieżdżonego nieba.

Ignorowanie dziecięcych pytań i nie zaspokajanie ciekawości lub jej hamowanie tekstami ” a co to za pytanie?”; „Skończ już z tymi pytaniami!”; „Nie musisz wiedzieć wszystkiego.” itp. albo zbywanie ich odpowiedziami typu: „Nie wiem”, „Bo tak już jest” itp – wg mnie jest karygodne. Jeśli w tej chwili podetniemy dziecku skrzydła, stopując jego naturalną ciekawość, zniechęcając do zadawania pytań, poznawania świata, to nie oczekujmy, że w przyszłości, w szkole ochoczo będzie dążyć do przyswajania wiedzy.

Poszerzajmy dzieciom horyzonty, nawet jeśli sami musimy poszerzyć przy tym swoje (to chyba nie jest taka zła opcja). Nie wymagajmy przy tym, pełnego zaangażowania i fenomenalnych wyników, bo to nie konkurs. Pokazujmy, że warto poznawać świat, i że można to robić na wiele sposobów. To zaprocentuje za jakiś czas, pod warunkiem, że nie damy zgasnąć dziecięcej ciekawości.

Ale być może jestem odosobniona ze swoim zdaniem? Zawsze lubiłam się uczyć i zdobywać ciekawe informacje w bardzo różnych dziedzinach. Nawet szkoła nie do końca to we mnie stłumiła 😉 Może takie postępowanie świadczy wyłącznie o moich chorych ambicjach? Może przesadzam i niepotrzebnie zawracam dzieciom głowy, odbieram czas beztroskiej zabawy? Może faktycznie trzeba naukę zostawić wyłącznie szkole? A może to w ogóle nie ma sensu, w niczym moim dzieciom w przyszłości nie pomoże? Czekam na Wasze opinie tu lub na Facebooku 🙂

Advertisements

23 comments

  1. Ja też uważam, że nic na siłę, ale podpatrywać, jaka dziedzina dziecko interesuje, do czego ma predyspozycje, co lubi i proponować mu i ułatwiać rozwój w tym właśnie kierunku.
    Mnie bardzo nie podoba się w edukacji szkolnej to, że wymaga się, żeby z każdego przedmiotu mieć dobre oceny, a jednocześnie rzadko wspiera się to, że w jakiejś jednej dziedzinie dziecko jest wyjątkowo dobre.

    1. Jak najbardziej, jeśli już zaobserwujemy, że dziecko „ma się” ku czemuś to trzeba mu ułatwić podążanie w tym kierunku. Jednak póki dziecko jest małe to tych kierunków można mu wskazać wiele, niech ma w czym wybierać :). O szkole i jej niektórych aspektach to nawet nie chce mi się myśleć. Też jestem zdania, że nie każdy musi być omnibusem, a system szkolnictwa mógłby mocniej się przyłożyć do wdrażania indywidualnego podejścia do ucznia

  2. Przeczytałam jednym tchem! Jakże bliskie jest mi Twoje podejście. Mało tego, czytam właśnie szalenie interesującą książkę na temat dziecięcych talentów i pasji, napisaną z punktu widzenia neurobiologia i jej autor porusza bardzo podobne zagadnienia. Niedługo o niej napiszę, tymczasem pozostaję pod wielkim wrażeniem tego tekstu 🙂 Pozdrawiam!

  3. Różnorodność. Coś niesamowitego. Być oryginałem. Bezcenne. Żyć ciekawie i po swojemu. Uczyć tego swojego dziecka. Niesamowite. Pokazywać coś innego. Mądrze ale nieco inaczej. Fantastycznie.

  4. Młoda zadaje tak wiele pytań, że nie muszę sama wyskakiwać z tematem. Poważnie, bez ściemy czasem tych pytań mam dość, ale dzielnie odpowiadam. I tak jak piszesz, jeśli czegoś nie wiem, szukam, albo szukamy razem. Odnośnie muzyki- Młoda klasycznej nie polubiła, uwielbiała kiedyś disco- polo, którego teraz się boi;) Zmienia jej się jak w kalejdoskopie, a ja dzielnie towarzyszę w słuchaniu tego, co aktualnie uznaje za hity.
    Pozwalam Młodej sie wybrudzić, skakać po kałużach itp, ale ona często nie chce- ot taka dama:)
    Jeśli chodzi o rozwijanie zainteresowań- obserwuję, wspieram, proponuję ale nie narzucam. Boję się, że przedszkole, szkoła zabije w niej kreatywność- ma jej naprawdę ogromne pokłady…ale słońce musi być żółte, słoń szary itp…
    Skrzynki od gazu i prądu oraz numery bloków są u nas ostatnio spacerowym hitem- nie dotykamy, szukamy ich przy budynkach, liczymy, jeśli jest więcej itp 🙂
    Świetny post! Bardzo mi się podoba:)

    1. No i właśnie to co robisz jest super. Muzyka klasyczna nie każdemu musi się podobać, ale warto ją dziecku „pokazać”, żeby mogło sobie na ten temat wyrobić własną opinię.
      Te Wasze skrzynki bardzo mnie urzekły, stąd wzmianka – akurat o nich. Twoja córka jest wyjątkowym egzemplarzem, bardzo wymagającym, myślę jednak, że przy tym wsparciu, które dostaje od Ciebie, nie będzie takiej siły, która mogłaby zniszczyć jej kreatywność :). Dziękuję za uznanie :*

  5. Ja również jestem zdania, że każde dziecko to indywidualność i tak powinno być traktowane. Rozwijanie w nim pasji, pokazywanie tego, co go interesuje to o wiele bardziej pożyteczne, niż włączenie bajek na cały dzień.

  6. Pisałam już u Antyterrorystki, że sama czasami krępuję się zadawać innym ludziom pytania, żeby nie wyjść na idiotkę – natomiast jeśli chodzi o moje relacje z synkiem to jak najbardziej prowokuję go do odkrywania świata i próbowania nowych rzeczy i staram się dostarczyć mu jak największej ilości różnorodnych bodźców. A przy okazji odnoszę czasami nieodparte wrażenie, że to on mnie jest w stanie nauczyć więcej, niż ja jego 😉

    1. To widzę tu duże podobieństwo do siebie 🙂 zadawanie pytań nie leży w mojej naturze, proszenie kogoś obcego o pomoc lub nawet wskazanie drogi jest problemem. Najgorzej mam z lekarzami, gdy mam jakieś wątpliwości i muszę prosić o ich rozwianie, ale ostatnio przełamuje się i okazuje się, że to nie boli 😉 I zdecydowanie masz rację, dzieci potrafią nauczyć wielu nowych rzeczy, jeśli tylko pozwoli im się na to 🙂

  7. Powinniśmy być dla dziecka drogowskazem i wsparciem, ale nie powinniśmy zaburzać jego indywidualnych preferencji i naturalnej ciekawości świata. Dodatkowo wsłuchiwania się w jego potrzeby poprzez obserwację jego świata nie wymaga od nas ani wielkiego doświadczenia ani mądrości, wystarczy chcieć, móc, kochać, być.

  8. Świetnie napisane!Masz rację-nic na siłe, ja uważam, że do pewnych spraw dziecko musi…”dorosnąć”, ale przede wszystkim chcieć 🙂 Pewnie, że nie ma ideałów, nie damy sobie wcisnąć , że tak jest 🙂 Chciałam dodać coś jeszcze, ale tekst był obszerny i zgubiłam wątek 🙂

  9. Ciekawe, ile osób przeczyta Twój tekst w całości 😉
    A wielu by się przydało. Chociaż pewnie nie tym, którzy tu zaglądają.

    Ja dopiero dziś odkryłam Twój blog, wędruje sobie wstecz; tu zerknę, tam przewinę, a gdzie indziej przeczytam. Tytuł o szkole mnie zwabił, byłam ciekawa, czy ironizujesz, czy wręcz przeciwnie 😉 Szkoła w większości przypadków (przypadków szkól i przypadków dzieci) uczy… podporządkowania się i nie_zadawania pytań, bo te utrudniają pracę nauczycielom. A przecież pytania są podstawą zdobywania wiedzy. Gdybyśmy nie pytali po co, dlaczego, jak, skąd, to pewnie do dzisiaj siedzielibyśmy na drzewach 😉
    Pozwólmy dzieciom zadawać pytania, spróbujmy na nie odpowiadać lub pomóżmy szukać odpowiedzi. Pozwólmy też dzieciom się nudzić – w sensie: nie narzucać im sposobu spędzania czasu, a być może same odkryją własne sposoby 😉

    Mądrzę się? Być może, ale chyba pozostaję w duchu Twojego tekstu 😉
    Kilka słów wyjaśnienia: tak, mam dziecko – 12, 5-letnią córkę, nie chodzi do szkoły, od 6 lat ma edukację domową, ale tak naprawdę zaczęliśmy ją uczyć zaraz po jej urodzeniach, przy czym słowa „uczyć” nie należy rozumieć w sensie wykładów, ale jako rozmawaiania, podsuwania książek, odpowiadania na pytania, szukania odpowiedzi, pokazania tego i owego ze świata kultury i nauki, no i pozwolenia na samodzielne spędzanie czasu (według własnego widzimisię).
    Aha, nie mamy TV, a filmy na DVD oglądamy dość rzadko.

    Będę tu zaglądać 🙂
    Pozdrawiam 🙂
    Buba z Bajdocji

    1. Witam serdecznie w moich progach i zapraszam do mądrzenia się 😉 takich słów i świadectw, że można inaczej, wciąż brakuje w sieci i wśród ludzi. Stare schematy rządzą, a wszyscy i wszystko, co poza nie wykracza jest traktowane jak dziwactwo. Sama zaczęłam sadzić, że zdziwaczałam, ale na szczęście odnajduję coraz więcej ludzi myślących podobnymi do Twoich kategoriami 🙂 Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s