Polowanie na dinozaury

Ostatnimi czasy spontaniczność nie leży w mojej naturze. Nie lubię być zaskakiwana przez dziwne okoliczności przyrody tudzież inne przypadki. Lubię mieć plan, jasny, bogaty, punkt za punktem. Nasilenie tej cechy odnotowałam po urodzeniu dzieci. Pomimo, że one potrafią zaskakiwać zawsze i wszędzie, a kontrola nad tym jest oczywiście niemożliwa, to czuję przymus trzymania w garści całej reszty. Mężulu, to już całkiem inna historia.

Wyprawa z dziećmi – dokądkolwiek – dla mnie oznacza pakowanie pieluch, chusteczek, ubrań na zmianę i dodatkowych warstw w przypadku niestabilnej wiosennej pogody, jakichś zabawek, picia, jedzenia, woreczków, papierowych ręczników, itd… Mój żyjący w innym świecie małżonek w ogóle nie kłopocze sobie takimi sprawami głowy. Należy do osób, które nie potrafią się nudzić, w miejscu usiedzieć i zrobią wszystko, aby tylko urozmaicić sobie czas, nierzadko mnie i dzieciom przy okazji również.

Tej niedzieli nie przeczuwałam, że może nas to spotkać. To była pierwsza taka iście wiosenna niedziela. Słońce od rana zaglądało do okien, temperatura skłaniała do wrzucenia zimowych ubrań na dno szafy. Pomyślałam, że miło będzie wyjść na spacer z dziećmi. Po otwarciu oczu i częściowym ogarnięciu własnej osoby, dowiedziałam się jednak, że w głowie Mężula zrodził się już niecny plan, który zostanie wdrożony w życie właśnie dziś.
– Bez dyskusji! Jedziemy na dinozaury. – zarządził Mężulu.

Bałtowski Kompleks Turystyczny

Mój entuzjazm specjalnie go nie poraził. Rzuciłam tylko nic nieznaczące, że zanim zjemy śniadanie i zbierzemy do kupy towarzystwo, to południe nas zastanie. I jeszcze, że nic nie jest przygotowane, a przecież trzeba zabrać…
– Zajmij się śniadaniem, ja zajmę się resztą. – Jego stanowczość sprawiła, że nie marudziłam więcej, a brak wiary w to, że spakuje wszystko, co potrzeba, schowałam do kieszeni szlafroka.

Nie wszystko jednak szło wg planu mojej drugiej połowy. O ile młodszemu z potomstwa cel naszej podróży latał gdzieś wokół odwłoka, o tyle starszy, potrafiący wyrazić swój sprzeciw w sposób werbalny jak i nie, wszczął bunt.
– Ja nie chcę do dinozaurów! – na pytanie o przyczynę niechęci usłyszałam najmocniejszy z argumentów – Bo nie!

Dinozaur

Nikt nie odniósł obrażeń 😉

Myślałam, że to koniec naszych wojaży, ale Mężulu tak łatwo nie odpuszcza. Sięgnął po asa w rękawie, włączył laptopa, coś tam pokazywał, tłumaczył i przekabacił dziecko. Czarodziej jeden.
Wyposażeni w pudełko ciastek, butelkę soku, kilka ubrań, pieluch i innych takich, wyruszyliśmy w drogę. Nie wiedziałam kompletnie czego mam się spodziewać i nie do końca było mi z tym dobrze, ale w końcu stwierdziłam, że na miejscu wszystkiego się dowiemy. Naszym celem był Bałtów. Miejsce leżące w województwie świętokrzyskim, powiecie ostrowieckim – jakąś godzinę jazdy od naszego domostwa. Stosunkowo blisko, jednak na tyle daleko, żeby dzieci ucięły sobie drzemkę podczas jazdy (na nasze szczęście).

rodzina dinozaurów

Yyy… rodzina dinozaurów?

Bałtowski kompleks turystyczny oferuje sporo różnych atrakcji. Jest tam mi.in.: Jura Park z dinozaurami, park rozrywki z karuzelami, kolejkami itp. oraz Zwierzyniec: dolny czyli małe zwierzęta oraz górny z przedstawicielami większych gatunków oraz inne,do których nie zdążyliśmy dotrzeć. Zimą można korzystać ze stoku narciarskiego, ale nas ta przyjemność nie dotyczyła. Wszelkie informacje można uzyskać na stronie Bałtowskiego Kompleksu Turystycznego.

odkop mnie

Dodatkowe atrakcje na placu zabaw

Jakie wrażenia pozostawiła w nas ta wizyta? Dzieciaki były zadowolone, ale chyba nie bardziej, niż z wizyty na placu zabaw. Szczerze mówiąc z całego zwiedzania ten właśnie obiekt najbardziej przypadł im do gustu, a drugą z kolei atrakcją były lody. Niestety muszę stwierdzić, że moje dzieci są jeszcze za małe na takie wycieczki.
Moje odczucia są mieszane. Być może w głównej mierze jest to spowodowane faktem, iż dzieciaki, z racji swojego wieku, nie mogły skorzystać z większości atrakcji. Ponadto odniosłam wrażenie, że sezon nie ruszył jeszcze pełną parą, niektórych eksponatów brakowało, część rozrywek była niedostępna… ale przynajmniej nie było tłumu. Na minus zaliczyłabym koszt – wstęp do samego Jura Parku kosztował nas 60 zł (po 30 zł od osoby dorosłej, dzieciaki weszły gratis). Dinozaury wprawdzie pooglądaliśmy, ale najwięcej czasu spędziliśmy na placu zabaw. Mnie spodobało się prehistoryczne oceanarium. Trójwymiarowe projekcje prehistorycznych stworów stukających nosem w szybę, robiły wrażenie. Na finał wystąpił ogromny pradawny rekin, jednak wraz ze starszym synem, musieliśmy opuścić obiekt – dla niego było to zbyt przerażające.

kacza para

Mieszkańcy Zwierzyńca dolnego zdecydowanie milsi niż rekiny

Chcąc skorzystać w pełni z kompleksu, najlepiej skorzystać z pakietów promocyjnych. My tego nie zrobiliśmy, gdyż jak wspominałam, większość atrakcji jest przystosowana dla nieco starszych dzieci. Plusem było, to że na terenie Parku Rozrywki są również miejsca dostępne dla wszystkich całkowicie za darmo, i z których mógł skorzystać starszy syn.
Nie będę kręcić nosem, ale w przyszłości chyba obierzemy inny kierunek.

zamek królewski

Przy okazji zwiedziliśmy kilka zamków

Ale, ale… Nasz wyjazd nie mógł się obyć bez chwil grozy, które zafundował nam nasz młodszy syn oraz chwilowe zaćmienie naszych dorosłych umysłów. Po zwiedzaniu wróciliśmy do samochodu. Zapanował lekki chaos, bo tu trzeba kogoś przebrać, tu przewietrzyć auto, ktoś chciał jeść, ktoś pić… Młodsze dziecię skorzystało z okazji i dorwało się do licznych przycisków znajdujących się na desce rozdzielczej. Auto zaczęło wydawać dziwne piski, błyski. Mężulu stwierdził, że włączył się alarm.

Aby dać mężowi szansę, by mógł dojść, co i jak, wzięłam dzieci z samochodu i… równocześnie z Mężulem zamknęliśmy drzwi. Po pięciu sekundach usłyszałam tylko – nie da się otworzyć – i zbladłam. Moje skłonności do czarnowidztwa szybko podłapały temat. Zbliżała się godzina 17, coraz chłodniej, dzieciaki w cienkich koszulkach, woda, jedzenie w aucie. Zanim ktoś po nas przyjedzie będzie hard core. W myślach już szukałam noclegu i zastanawiałam się, jak znajdziemy jakiegoś speca od otwierania zatrzaśniętych aut, ewentualnie ile wyniesie wstawienie nowej szyby.

W tym czasie Mężulu z czeluści bliżej mi nieznanych wyciągnął jakiś metalowy zwój i stwierdził, że nie pozostaje nam nic innego, jak włamać się do własnego auta. Nie, żebym nie wierzyła w szeroki zakres umiejętności mojego małżonka, ale powodzenie tego eksperymentu wydawało mi się niemożliwe. Na dodatek już widziałam, jak policja zakłada na zręczne nadgarstki mojego męża błyszczące kajdanki.
Czas płynął tak wolno, jakby postanowił przystanąć i przyjrzeć się nam z bliska. Ale muszę przyznać, że po ok 20 minutach szczęka mi opadła. Udało się! Auto stanęło otworem. Policja nas nie maltretowała, adrenalina mnie nie zabiła.

Chyba muszę przestać wątpić w to, że mój mąż potrafi wszystko ;). Ale na rodzinne wyprawy nie polecam TAKICH dodatkowych atrakcji. Mimo wszystko dzień był cudowny, dzieciaki zadowolone, uśmiechnięte i zmęczone padły zaraz po kąpieli. Czego chcieć więcej?

Jak zwykle będę wdzięczna, jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad 🙂 Możesz to zrobić tu pod wpisem lub na Facebooku 🙂

Reklamy

20 comments

  1. Ale przygoda! Włamanie się do własnego auta wygrywa ze wszystkim 😀 I doskonale wiem, o co Ci chodzi z tymi „atrakcjami” dla tak małych dzieci. Moje też ma je wszystkie w nosie, a sami też nie skorzystamy, bo przez większość czasu uganiamy się za wszędobylskim dwulatkiem 😛

    1. Mój mąż dość często funduje mi takie „przygody” 🙂 a dwulatki mają już to do siebie, że atrakcje znajdują tam, gdzie same chcą i dobrze, na resztę mają jeszcze czas 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s