52 książki a punkt siedzenia

Follow my blog with Bloglovin

Fajerwerki wreszcie umilkły. Fala noworocznych postanowień i priorytetów (lub ich brak) przetoczyła się już po świecie realnym i wirtualnym. Łapiąc ją jeszcze za ogon, chcę dorzucić parę zdań o tym, jak proste rzeczy potrafią bardzo dużo zmienić.

„Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia.” Moja mama zaczęła mi wpajać tę mądrość życiową chyba tuż po moim urodzeniu. W efekcie, po kilkunastu latach, załapałam mniej więcej, o co chodzi. 

Każdy człowiek jest ponoć różny od innego – tak mówią, prawda? Skoro tak, to podobnie będzie z postrzeganiem świata. Każdego kształują inne „okoliczności przyrody” i choćby z tego powodu, co wydaje się logiczne, różni ludzie potrafią patrzeć na jedno zjawisko w zasadniczo różny sposób. Zrozumienie tego nie było dla mnie zadaniem trudnym, ale już z akceptacją gorzej. Namęczyłam się nie lada, aby przyjąć to do swojego nie tylko mózgu, ale i serca.

Dzisiaj nie mam wątpliwości co do tego, że każdy ma prawo do swojej opinii, każdy ma swoje racje i nawet jeśli są sprzeczne z własnymi, warto ich wysłuchać, póbować zrozumieć (szerszy kontekst potrafi czynić w tym zakresie cuda) no i szanować tak, jakbyśmy chcieli, aby nasze opinie (prawo do ich posiadania) były szanowane.

Niechcący odbiegłam od tematu, bo przecież chcę się skupić na „punkcie siedzenia”. Dotąd myślałam, iż ów punkt wyznaczony jest przez to, co człowieka kształtuje. To wychowanie, wzorce, ludzie, sytuacje, z którymi ma do czynienia w ciągu swojego życia: rodzice, szkoła, praca, stosunki z szefem, rodziną, znajomymi, pieniądze, pogoda, samopoczucie oraz milion innych czynników zewnętrznych, niezależnych i nieprzewidywalnych. Byłam zdania, że mój punkt wyjścia do oceny świata/siebie jest wyznaczony przez wszystko to, co na zewnątrz, przez wszelkie okoliczności niezależne ode mnie. To przygnębiające przekonanie towarzyszło mi bardzo długo i musiało w końcu doprowadzić do kryzysu.

Tyle chciałabym, a tak nie wiele mogę – okoliczności mi nie pozwalają. Poczucie beznadziei, braku szczęścia i radości – to one są odpowiedzialne. One, jakieś, zewnętrzne, niezależne, uwzięły się i nie pozwalają… dlaczego nie pozwalają mi decydować  o moim własnym życiu?

W rzeczywistości, obraz kryzysu narastającego od kilku miesięcy wyglądał tak.

Macierzyństwo dawało w kość. Niespełna roczniak, wymagający sporo czasu i uwagi oraz niespełna 3 latek, również wymagający sporo czasu i uwagi. Nieobecność Mężula – okresowa, ale znaczna i nieprzewidywalna, przez co dezorganizująca życie rodzinne. Brak pomocy. Wciąż mocno dokuczający ból po stracie najważniejszej osoby w życiu. Utrata znajomych – ze sporej grupy ludzi, z którymi lubiłam spędzać czas, została zaledwie garsteczka, a i oni przecież mieli swoje życie, swoje sprawy i problemy. Poczucie braku akceptacji w gronie rodziny. Postępująca „izolacja” domowa.  Brak pomysłu na przyszłość. Poczucie bezwartościowości i braku przydatności. Frustracja, lęk i jeszcze kilka innych sraw… Wszystko przykryte przyklejonym do twarzy uśmiechem i transparentem nad głową „Jest o.k.! Przecież nie może być inaczej! Ja nie dam rady?”

A dobrze wcale nie było. Próbowałam sobie radzić sama, ale to tylko pogarszało sprawę. Próbowałam szukać pomocy u innych, tak po swojemu, nieśmiało, delikatnie, bo przecież nie chcę nikomu robić kłopotu. W rezultacie słyszałam, że ja to mam dobrze i powinnam cicho siedzieć, bo ludzie to dopiero mają problemy – co dodatkowo wpędzało mnie w poczucie winy, że użalam się nad sobą bez powodu. Zastanawiałam się, dlaczego nie potrafię sobie z tym poradzić jak inni, dlaczego nikt nie chce wyciągnąć do mnie ręki, dlaczego nikt nie chce wyrwać mnie z tego coraz głębszego dołu, dlaczego nikomu na mnie nie zależy?

Jakoś przetrwałam święta, oczywiście radosna i nikomu nieprzeszkadzająca, w niczym. Chiałam stać się niewidzialna, chiałam zniknąć. Sytucję pogarszał zbliżający się koniec roku. Roku 2014. W socjalmediach zaczęły pojawiać się pierwsze wzmianki o priorytetach, postanowieniach, obietnicach noworocznych. Dobijające kogoś, kto nie może zaplanować 5 godzin do przodu, kogoś, kto nie może umówić się do dentysty bez trzykrotnej zmiany daty, kogoś, kto zawsze jest na końcu kolejki…

Sylwester 2014 był punktem przełomowym. Zostałam sama z dziećmi (w tym jedno chore), bo żeby świętować hucznie mógł ktoś, pracować musi ktoś – Mężulu oczywiście. Przyjaciele dobrze się bawili – beze mnie. Tak samotnie i podle nigdy wcześniej się nie czułam. Przepłakałam ze trzy godziny, wypłukałam z siebie chyba wszystko, co mi zalegało w duszy. Trochę pomogło.

Następnego dnia popatrzyłam na swoją opuchniętą twarz i zaczęłam się zastanawiać co ja sobie robię? Skoro jest jak jest, to czy mój płacz cokolwiek zmieni? A skoro już wszyscy mnie przekreślili, zapomnieli, to może po prostu zacząć wszystko od nowa? Właściwie dlaczego nie spróbować czegokolwiek? Zrobić cokolwiek! Cokolwiek, co lubisz!

W całym natłoku spraw dnia zwykłego, szarego, uwierzcie mi, zapomniałam, że można robić coś, co się lubi. Kiedyś lubiłam śpiewać, ale w momencie, gdy ten rozdział stał się zamknięty, nie mogłam się odnaleźć i nic nie cieszyło. A wcześniej? Książki!!! Przecież ja kochałam czytać! Przypomniałam sobie, że mój przyjaciel zaprosił mnie do jakiegoś wyzwania książkowego – 52 książki w rok? Jeśli dwie przeczytam to będzie cud, ale może podjąć trud?

Proste wyzwanie książkowe odmieniło mój punkt siedzenia i patrzenia. Postanowiłam, że chociaż tyle mogę dla siebie zrobić – od czasu do czasu poczytać. To pociągnęło za sobą kolejne kroki i działania: przestałam oglądać telewizję, zaczęłam panować nad czasem swoim i mojej rodziny. Zamiast wylewać frustracje na Mężula, zaczęłam z nim rozmawiać o tym, jak możemy rozwiązać moje problemy. Postanowiłam przeprosić kilka osób, kilku osobom wybaczyć. Ogólnie mówiąc wyczyścić tablice.

Czytałam, czytałam, czytałam… zaczęłam poszukiwać nowych książek i odkryłam blogosferę, a w niej mnóstwo inspiracji, motywacji, pozytywnej energii, wsparcia… Zaczęłam prowadzić własny blog. Piszę – uwielbiam pisać. Kiedyś marzyłam przecież, żeby… nie, na to jeszcze za wcześnie. Zaczęłam ćwiczyć. Zaczęłam znów bez lęku prowadzić samochód. Zaczęłam się naprawdę uśmiechać. Spełniłam marzenie i znów stanęłam na woodstockowym polu, tym razem z całą rodziną (pisałam o tym TUTAJ i TU TEŻ). Pożegnałam raz na zawsze swojego długoletniego towarzysza – śmierdzący nałóg. Zaprzyjaźniłam się z kuchnią roślinną – już się jej nie boję :). Podciągnęłam się trochę w robieniu zdjęć. Opanowałam prowadzenie fun page’a i konta na Instagramie (i hasztagi nawet ogarnęłam). Znalazłam czas na wiele ciekawych zabaw z dziećmi, na pieczenie babeczek i ciasteczek, na malowanie witraży na oknie, na przygotowywanie własnoręcznych prezentów. Zaczęłam dbać o to, żeby pieniądze nie uciekały nam z portfela. Zaczęłam znowu marzyć i planować. Zaczynam realizować swoje życie.

Sylwestra 2015 roku spędziłam w domu z dziećmi, w tym jedno chore, a do południa posiedzieliśmy jeszcze w przychodni godzinkę czy dwie. Mężulu tradycyjnie – w pracy. Przyjaciele daleko ciałem, ale duchem zdecydowanie bliżej. Déjà vu. Wypiłam brzoskwiniowego bezalkoholowego szampana, podziwiałam z dziećmi zimne ognie, a kiedy usnęły wreszcie późnym wieczorem, pomyślałam sobie:

Jak dobrze, że zaczyna się kolejny rok, mam przecież tyle do zrobienia.

Niczego nie planowałam, niczego nie postanawiałam, a stało się tyle dobrego. Wiem, że moje osiągnięcia nie powalają na kolana, ale dziś już nie płaczę, nie oglądam się na innych. Trochę powoli, ale nabieram wiatru w żagle. Uczę się optymizmu i choć jest to dla mnie najtrudniejsza z nauk, staram się być pilną uczennicą. Staram się wyzbyć lęku przed porażką i staram się patrzeć cieplej na świat, na otaczających mnie ludzi i na siebie też.

Wszystko, co mnie ogranicza, wszystko, co wyznacza mój punkt siedzenia, punkt widzenia, jest we mnie i w mojej głowie. W sytuacjach beznadziejnych trzeba szukać innej perspektywy. To, co z pozoru wydaje się złe, często przynosi w rezultacie coś dobrego. Cierpliwość, spokój, dystans. Nad przyswojeniem tych myśli wciąż mocno pracuję, bo „najtrudniejsze są rzeczy proste”, jak mawiała moja polonistka.

Mam nadzieję, że moi czytelnicy nie mają podobnych problemów, ale może jest ktoś, kto potrzebuje odrobiny motywacji, nadziei, wsparcia… jeśli znacie kogoś takiego, przekażcie moje słowa, może staną się pomocne.

PS Jeśli chodzi o wyzwanie 52 książki w 2015, to niestety nie udało mi się osiągnąć celu, ale zabrakło tylko 12 książek – toż to cud! 😉 A w 2016 na pewno będzie lepiej, a nawet jeśli nie to też dobrze 🙂

 

Reklamy

3 comments

  1. Twoje osiągnięcia nie powalają na kolana? No ja przepraszam, nie zgodzę się. Każde osiągnięcie jest ważne, znalezienie swoich małych radości to ogromne osiągnięcie. Dzięki temu łatwiej się żyje! Uszy do góry- będzie już tylko lepiej. To co opisujesz- kryzys, przechodziłam nie raz, nie dwa i jeszcze pewnie do mnie przyjdzie, ale na razie się nie martwię- wiem, że wszystko można ogarnąć 🙂 Powodzenia!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s