Bo chodzi przecież o jakość

Gdyby ktoś mnie dziś zapytał, co jest dla mnie najcenniejsze, to poza członkami rodziny, ich zdrowiem i szczęściem oczywiście, wymieniłabym czas. Czas jest tym, czego brakuje mnie i moim bliskim najbardziej. Obserwując otoczenie, dostrzegam, że to nie tylko mój problem. Ba! Mogę nawet powiedzieć, że jestem szczęściarą, bo i tak mam go całkiem sporo. A jednak, brak czasu na wszystko, na cokolwiek, wychyla łeb zza każdego rogu, siedzi w każdym kącie i gości w niemal każdej rozmowie.

Wkurza mnie to, że przyszło mi żyć w takich zabieganych czasach. Trzeba zarobić na życie, załatwić milion spraw, dowiedzieć się, rozwijać się, nie odstawać, być na bieżąco,… A zewsząd kłody pod nogi. A to pogoda zła, to roboty drogowe, to wypadki, to przysługi oraz wiele innych. Tyle tego wszystkiego, że idzie zgłupieć, a przynajmniej wypompować się z energii do cna.

A wszystko po to, żeby było lepiej, łatwiej. Jeśli nie nam, to naszym dzieciom. Tylko czy tak jest? Czy to „lepiej” kiedykolwiek przychodzi? Czy nie wpadamy w pułapki nadmiernej konsumpcji? Czy nie dajemy się zbytnio manipulować i nabierać na tanie sztuczki producentów, sprzedawców, mediów? Czy nie skupiamy się za bardzo nad „mieć”, ignorując „być”? Czy nie tracimy z oczu tego, co ważne?

O, tak! To zdecydowanie mój przypadek. Każdego dnia, powtarzałam sobie, Mężulowi, dzieciom: nie mam czasu, nie mam czasu, nie mam czasu… No nie mam czasu! Kiedy się na tym złapałam, stwierdziłam, że trzeba coś zmienić, bo dla mnie takie życie nie ma żadnego sensu.

Zaczęłam egoistycznie – od siebie.

Dlaczego? Prawda stara jak świat: szczęśliwa matka – szczęśliwe dzieci. A ja daleka byłam od szczęśliwości. Stale z dziećmi, bez możliwości wyjścia z domu, do ludzi, gdziekolwiek. Oderwana od świata dorosłych, umordowana pieluchami, lekarzami, nieobecnością Mężula, czułam się coraz gorzej, a frustracja, gniew i żal, które mną zawładnęły, psuły relacje rodzinne. Nie oszczędzały również lecącej „na łeb, na szyję” samooceny. Wylałam hektolitry łez, które nieproszone napływały do oczu. Ostatkiem sił powiedziałam dość. Na szczęście Mężulu pojął powagę sytuacji. Choć zadanie było dość trudne, usiedliśmy i stworzyliśmy grafik, uwzględniający moje wyjścia z domu. Godzina – wyjście na zajęcia sportowe plus jeden wieczór w tygodniu wolny – tak się zaczęło. Niektórym może się wydawać to śmieszne, ale nasza sytuacja jest dość skomplikowana (temat na osobny post). Dzięki temu złapałam trochę powietrza w płuca, zdecydowanie poprawiła się moja kondycja psychiczna. A kiedy już do tego doszło, podjęłam kolejne wyzwania, ponieważ zauważyłam, że…

…moje relacje z dziećmi nie wyglądają tak, jakbym sobie tego życzyła. Wciąż ten brak czasu. Przemyślałam kilka spraw. Co jest dla mnie naprawdę ważne? Czy okna muszą lśnić nieskazitelnym blaskiem? Czy każda część garderoby musi być wypracowana w kancik? Czy dążenie do perfekcji, nie stało się priorytetem? I czy chęć zadowolenia innych nie wyszła zbyt daleko przed szereg, w którym stoją moje dzieci?

A przecież zostałam w domu dla dzieci. Po to, aby się nimi zajmować, układać do snu, karmić, przebierać. Po to, aby dla nich sprzątać, prać, gotować. Ale również, choć może powinnam mówić przede wszystkim po to, aby pokazywać im świat i uczyć jak sobie z nim i w nim radzić. Wkurzyłam się, że to ostatnie, gdzieś mi umknęło, bo przecież kiedyś o tym marzyłam.

Wnioski były jednoznaczne. Poddałam się bliżej nieokreślonej presji, która kazała mi dążyć do jakiegoś chorego ideału. Najlepszą rzeczą jaka mogła mi się przydarzyć to odkrycie, że to niemożliwe, a co lepsze, wcale niepotrzebne. Mogłam zacząć wprowadzać w życie nowy plan (trochę o tym już pisałam Nie potrzeba wiele). W największym skrócie – staram się trzymać zasady: najpierw dzieci, potem reszta. Tak sobie założyłam i już. To bardzo proste.

Stwierdziłam, że na tym nie mogę poprzestać. Zmiany wymaga również sposób w jaki spędzamy czas wspólnie, całą rodziną. Tych chwil jest tak mało, a większość tego czasu i tak spędzamy nie razem, a raczej obok siebie – mnie to nie odpowiada.

Porządki w tej kwesti zaczęłam od kuchni. Pojawił się jadłospis – na tydzień. Dzięki temu, nie musimy co chwilę biegać na zakupy. Robimy je raz w tygodniu, oszczędzając tym samym, mnóstwo czasu. To pozawala na wspólne spacery, nawet jeśli ograniczają się do okrążenia bloku.  Spacerujemy nawet gdy ciemno, nawet gdy zimno, wtedy gdy pada deszcz również – bo kto powiedział, że nie możemy się przy okazji trochę pohartować?

Jeździmy też na krótkie (póki co) wycieczki. A jeśli musimy zostać w domu, wymyślamy najróżniejsze zabawy – cała czwórka  – razem. Oczywiście nie od rana do wieczora – bądźmy realistami – czasem to tylko 20 minut, ale… Telewizor, telefony, komputery i inne gadżety – wyłączone. Wszystkie durne „rozpraszacze” znikają, pozostaje tylko wspólne towarzystwo, rozmowa, śmiech.

A czasem uda się zorganizować rodzinny piknik. Taki z koszem, w którym są kanapki, owoce, termos z kawą, herbatą. Do tego piękne okoliczności przyrody, przystępna pogoda i więcej nic. Pomysł banalny, prosty w realizacji, a radości, co niemiara. Polecam wszystkim. Mnie takie chwile niesłychanie motywują. To jest coś, o co warto powalczyć, bo przecież o jakość chodzi, prawda?

piknik

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s