Nie potrzeba wiele

Mam nadzieję, że Was to nie dotyczy, a jeśli już,  to w jak najmniejszym stopniu. Niestety, ja muszę się do tego przyznać. Jakby słodko nie wyglądała moja rzeczywistość na tym blogu, to jednak w codziennej pogoni m.in. celem zapewnienia dzieciom najlepszych możliwych warunków do zdrowego i szczęśliwego życia, czasem zwyczajnie nawalam.

Czasem zapominam, że poza dachem nad głową, pysznym, zdrowym jedzeniem, czystym ubraniem, nową zabawką, dobrym przedszkolem itp. moje dzieci chcą i potrzebują ode mnie czegoś jeszcze. Czegoś, co odgrywa niezwykle ważną rolę w rozwoju małego człowieka. Czegoś, co powinno być najprostszą sprawą, ale zazwyczaj bywa najtrudniejszą do wygospodarowania. I jest mi wstyd, ale przyznaję się. Wpadając w wir codziennych obowiązków, zapominam, że dla  moich Skarbów ważne i potrzebne są: mój czas tylko dla nich, moja uwaga, moja obecność (ciałem i duchem), kontakt twarzą w twarz. To tylko tyle i aż tyle.

Jeszcze kilka – kilkanaście miesięcy temu, bijąc się w pierś, myślałam: to okropne, ale przecież muszę się zająć tym i tamtym. To przecież dla nich, dla naszej rodziny. Dla siebie też muszę znaleźć czas. Doba jest za krótka. Jestem zmęczona. Chyba nie da się tego wszystkiego pogodzić. Jestem beznadziejną matką, bo zaniedbuję albo obowiązki domowe, albo relacje z dziećmi. Rok temu, zapewne wpadłabym w stan zbliżony do „otchłani rozpaczy”. Najłatwiej przecież załamać ręce i powiedzieć: przecież to nie moja wina, staram się z całych sił, ale wszystko jest przeciwko mnie, to nie może się udać.

Na szczęście to już przeszłość. Dziś myślę tak: Zauważyłam błąd we własnym postępowaniu.  Skoro tak, mogę przeciwdziałać. W jaki sposób? Oczywiście, nie ma jednej uniwersalnej drogi dla wszystkich, ale warto próbować i szukać rozwiązania dopasowanego do własnej sytuacji. Ważne jednak, żeby stosować tu metodę małych kroków i przede wszystkim – nic na siłę.  Moje sposoby na poprawę relacji z dziećmi stale ulegają zmianom. Niektóre elementy przyjmują sie na dłużej, inne wcale (lub czekają na lepszy czas) a jeszcze inne przychodzą i odchodzą. Ważne, żeby śmiać się  nudzie w twarz.

„Pożeracze czasu” – zaczęłam od ich eliminacji, zarówno w przypadku dzieci, jak i swoim (i Mężula oczywiście). Okazało się, że jeśli wyłączy się telewizor, komputer i smartfon/telefon/tablet, to można zyskać wiele cennych minut, żeby nie powiedzieć godzin (dzięki temu, znajduję również czas dla siebie) oraz taką pełną, świadomą obecność, pozwalajacą na czynny udział w kontakcie z dzieckiem (z rzeczywistością chyba też). Nie mówię, że wyrzuciliśmy telewizor i inne sprzęty przez okno, bo są złeee, jednak mocno ograniczamy ich użytkowanie.

Czytanie przed snem od zawsze było stałym punktem na liście codziennych spraw. W pewnym momencie, chłopcy zaczęli również oglądać bajki w telewizji. Jakoś tak niepostrzeżenie, czas na czytanie skracał się, a zdarzało się, że dzieciaki posnęły przed telwizorem. Niby nic, przecież to normalne, chyba, nie?

Może i tak, ale czy dobre dla dzieci? Może nie widziałabym w tym problemu, gdyby nie zmiany w zachowaniu dzieci po tym, jak przestaliśmy włączać telewizyjne bajki na dobranoc. Dzieci zasypiają w swoich łóżkach, co jest poprzedzone czytaniem wybranej/ulubionej bajki. Zdarza się również, że Atopek sam opowiada już krótkie bajki wymyślone przez siebie – dla mnie to było totalne zaskoczenie (pozytywne, a jakże). Poza tym, jest to również moment, kiedy najchętniej opowiada o wrażeniach z całego dnia i możemy porozmawiać na ten temat – wcześniej nie przejawiał takich chęci. Dzieciaki są zdecydowanie spokojniejsze i łatwiej zasypiają. Atopek protestował i domagał się bajek raptem przez kilka dni. Dziś już właściwie o nich nie wspomina (przynajmniej wieczorem). Być może nie uwierzyłabym nikomu na słowo, ale już nie muszę – u nas to działa. Nawet Mężulu zauważył pewne pozytywne zmiany u chłopaków i nie patrzy już na mnie ze znakami zapytania w oczach.

Wspólne zabawy nie są u nas świętem rodzinnym, ale codziennością, nawet jeśli to tylko 20-30 minut. Czasem to kolorowanie obrazków, budowanie „domku”, atak potwornego GILGOTKA albo gra w berka na spacerze. Tak naprawdę, nie jest do końca ważne, w co się bawimy, ale że bawimy się w to razem i z pełnym zaangażowaniem. Możemy sobie popatrzeć w oczy, rozmawiać, obserwować się nawzajem i śmiać się razem w głos. Nie ma lepszego lekarstwa na ponury dzień czy zły humor.

A możliwości wspólnych, ciekawych zabaw jest mnóstwo. Wieczorem, kiedy dzieciaki już śpią, ponieważ nie oglądam telewizji, mam czas m.in. na to, żeby wyszukać coś nowego i ciekawego, na dodatek bez uszczerbku dla domowego budżetu  i  wspomagającego przy okazji rozwój dzieci (pisałam troszkę o tym tu: Czasami pada deszcz i tu: Nie dajemy się rozpuścić). A im więcej zrealizowanych pomysłów, tym więcej kolejnych ustawia się w kolejce do realizacji. O dziwo, zauważam też, że i moja inwencja twórcza zyskuje na tym procederze – widać zabawa wpływa pozytywnie i na mój rozwój :P.

OK. Zabawa zabawą, ale przecież są pewne sprawy, które trzeba pozałatwiać. Powiem krótko, wygladało to tak: brałam się za robotę, a dzieci z aniołków stawały się „niegrzeczne”, wkurzone i wkurzające. Efekt był taki, że posprzątane było tak sobie, ja wkurzona, dzieci wkurzone, a ogólna atmosfera, no cóż, do wybuchu potrzebna była tylko iskra. Rozwiązanie okazało się proste. Jak zwykle, sceptyczna na początku, z czasem przekonałam się, że nie musi to być wcale takie uciążliwe, jak się wydawało.

Jakiś czas temu zachęcałam do pieczenia, gotowania z dziećmi (Na to właśnie czekałem!). Uważam, że to naprawdę świetny sposób spędzania czasu RAZEM. Może więc pójść krok dalej? Angażowanie dzieci w całkiem dorosłe obowiązki, również może być świetną zabawą. Co jest potrzebne i ważne? Po pierwsze – własne pozytywne nastawienie. Prawdopodobnie, praca pójdzie wolniej. Prawdopodobnie, trzeba będzie coś poprawić, zrobić dwa albo i trzy razy, ale przecież chodzi o coś więcej. Podkreślam: prawdopodobnie, czyli niekoniecznie. Poza tym przy odrobinie chęci i wyobraźni łatwo można sobie poradzić z sytuacjami kryzysowymi. Po drugie, żadnego przymusu – bo to z reguły odbiera ochotę do zabawy dzieciom i dorosłym również. Po trzecie – niech eksperymenty będą dozwolone, kto wie, może odkryjecie coś ekscytującego 😉 (ale tu patrz: po drugie). Po czwarte – dobór zajęć do realnych możliwości dziecka – raczej nie polecam prasowania z trzylatkiem. Po piąte – bawią się wszyscy. Trochę wygłupów działa cuda i wszystkim wychodzi na dobre. Naprawdę dzieciaki uwielbiają, kiedy ich mama albo tata robią śmieszne, niepoważne rzeczy.

Jak to wygląda w rzeczywistości? Przykład z praniem. Jeśli mam zrobić pranie, proszę o pomoc Atopka. Wywalamy pranie na podłogę i segregujemy. Uczymy się i utrwalamy kolory. Uczymy się liczyć, bo jedna koszulka była czerwona, a niebieskich było pięć. Uczymy się kierunków, bo niebieskie odkładamy na prawo, czerwone na lewo, białe kładziemy z przodu, a czarne z tyłu. A potem obaj chłopcy pomagają wsadzić pranie do pralki, zamknąć ją, proszek wsypuje mama, ale włączają chłopaki. Oczywiście można przy tym śpiewać piosenki, najlepiej takie wymyślone, można urządzać mini teatrzyk z wykorzystaniem udających się do prania ciuchówn albo konkurs wrzutów ubrań do pralki. Naprawdę, jedynym ograniczeniem jest nasza wyobraźnia.

Moje dzieci są bardzo szczęśliwe, jeśli mogą mnie lub Mężulowi w czymś pomóc. Wystarczy im na to pozwolić. Potem może się okazać, że wcale nie zajęło to więcej czasu, dzieci są spokojne, mój nastrój też niczemu sobie, a ogólna atmosfera zachęca do dalszej zabawy. Rzecz w tym, że patrzę na takie sytuacje nieco inaczej. Dzieciaki wcale nie stawały się niegrzeczne, ale raczej znudzone, stęsknione, potrzebowały mnie i mojej uwagi. Dzisiaj wiem też, że wykonywanie zwykłych obowiązków domowych nie stoi na przeszkodzie do zabawy z dziećmi, może natomiast stanowić do niej świety pretekst (do nauki przy okazji).

Tak, ale jak wiecie, ja „siedzę w domu”. Niektórzy twierdzą, że skoro nie pracuję zawodowo, to mam czas na te zabawy czy „głupoty”. Jednak nie tylko ja mam na to czas. Znam mamy, które pracują, mają ogrom dodatkowych spraw i problemów na głowie, mimo to, potrafią zarezerwować specjalny czas tylko dla dziecka. Naprawdę nie potrzeba wiele, a satysfakcja  i radość płynąca choćby z widoku szczęśliwej dziecięcej buźki, dają motywację do dalszych działań. Nazywanie czasu spędzanego z dzieckiem głupotami – pozostawię bez komentarza.

Takie są efekty moich poszukiwań i prób. Wydaje mi się, że jest to do zrobienia przez każdego. Zaangażowanie, pozytywne nastawienie, odrobina chęci i świadomość korzyści. Mnie było potrzeba tylko tyle. Myślę, że w tej kwestii warto się postarać. Wszystko wszystkim, ale za bardzo krótką chwilę te dzieciaki urosną i już nie będą się garnęły do zabawy ze swoimi staruszkami. Trzeba chwytać ten czas.

Advertisements

7 comments

  1. Oj tak, najtrudniej wygospodarować czas. My też od kilku miesięcy nie używamy telewizora prawie wcale, mała pomaga we wszystkim co może, i to na dobre jej wychodzi (posmaruje sama kanapkę masłem już – dwulatka). A kiedy wraca z przedszkola ja jestem już tylko dla niej. Odsuwam na bok blog, odsuwam telefon, mamy całe popołudnie dla siebie, dla rodziny 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s