Historia jednego przedpołudnia

Kocham ten moment. Dochodzi godzina 11:00. Dzieci nakarmione, umyte, ubrane. Uśmiechają się do mnie i siebie nawzajem. Siedzą razem na lśniącej podłodze i budują budowle ze swoich marzeń – Razem! Sami! Wspólnie!
Kuchnia po śniadaniach (dwóch) wyczyszczona, naczynia pozmywane, okruchy zmiecione. Gładki blat stołu zachęca, by usiąść przy nim z książką i filiżanką kawy. Na kuchence wesoło pyrkocze warzywny wywar na pyszną zupkę, w lodówce marynuje się piękny kawał schabu, obiad będzie jak marzenie.
Łazienka doprowadzona do porządku po porannej bitwie na szczoteczki, pachnie świeżością, a światło pięknie się odbija od wszystkich błyszczących powierzchni. Reszta domu równie poukładana: łóżka zaścielone, kurze pościerane, podłogi wypolerowane i nawet okna umyte.
Patrzę w lustro, takie czyste, bez śladów wczorajszej kolacji i to własne odbicie wydaje się jakieś jaśniejsze, świeższe.
I tak stoję zaczarowana. Rozglądam się, uśmiecham. Napawam tą chwilą, chłonę ją jak gąbka wodę. Zamykam oczy i próbuję nie odliczać. Chcę zatrzymać czas.

Ale są rzeczy, których uniknąć się nie da. Machina rusza.

Klocek, ten  czerwony, ten specjalny, ten jedyny i ulubiony staje się zarzewiem konfliktu. Wybuch jest niespodziewany i ma niewyobrażalną siłę. Krzyki i szlochy przez chwilę zakłócają błogą ciszę. Przez chwilę, bo dzieciaki, które błyskawicznie doszły do porozumienia, rozbiegły się już po domu jak karaluchy. Tylko porozrzucane zabawki znaczą ślad przebytej przez nie drogi.

historia-przedpołudnia

Z kuchni dobiega dziwny dźwięk, chwila zastanowienia… Już wiem. To przygotowana przez mnie porcja kaszy rozsypuje się po podłodze (zupa przecież może się obejść bez niej, prawda?). Kiedy docieram na miejsce okazuje się, że ucierpiał również kubek pełen soku. Starsze dziecię fachowo rozciera czerwoną plamę mówiąc: „Nic nie stało, mamo. Widzisz, już wytrzłem„. Młodsze natomiast, nie przejmując się ani kaszą, ani sokiem, bada podstawowe właściwości pomidora. Porzuca go jednak, stwierdzając, że nie nadaje się on na piłkę, ani do malowania (a takiego rozciapanego przecież jeść nie będzie, pff).
Jest godzina 11:05. Już wiem, że mój plan dnia nieco się zmienił. Kawę zdążę wypić później, książkę poczytam (może) wieczorem. A teraz trzeba zakasać rękawy, zebrać garść pomysłów i pomóc dzieciom poznawać świat. Kto wie, czego się tym razem dowiemy? Może pomidorem da się jednak malować?

przedp2

Trudno, podłogę znów trzeba będzie umyć, i lustra, i okna, i zabawki pozbierać do kupy. I Mężulo po powrocie z pracy, znów pomyśli – „no tak cały dzień w domu, a nic nie zrobiła„. Ale tych chwil pełnych śmiechów, pisków i dziecięcej radości nikt mi nie odbierze i nikt nie zabroni. Może kiedyś, Mężulo po powrocie z pracy pomyśli „cały dzień w domu, mało co zrobione, ale przynajmniej świetnie się bawili„.

przedp3

Uwielbiam patrzeć na te rozradowane buźki, kiedy kolorowe bańki wypełniają cały pokój. Lubię obserwować jak małe rączki w skupieniu „walczą” z łyżką i ziarnami fasoli, albo jak mieszają składniki na ciasto, albo jak wrzucają listki i kulki do zupy. Uwielbiam słuchać tego niedającego się poskromić chichotu, który towarzyszy atakom łaskotkowego potwora. I lubię zapasy na podłodze w przedpokoju, i podwieczorek na niby w domku z koca. A ponad wszystko kocham te małe, dziecięce przytulasy, i buziaki, i słowa (na razie tylko od Atopka): „kocham ciebie, wiesz?

przedp4

A okna, lustra, uprane rzeczy czekające na powrót do szaf? Nie uciekną przecież. A ja lubię mój dom właśnie taki, trochę nieuporządkowany, ale za to pełen radości i dziecięcego śmiechu. No lubię i już!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s