Woodstock? Jednak miałam rację! Niech to szlag…

Tak znam to miejsce. Byłam tam nie raz, nie dwa. Już jako nastolatka postanowiłam poczuć na własnej skórze, jak tam jest. A potem wracałam i wracałam… i pewnie jeszcze będę wracać, bo moje przeczucie się sprawdziło. Miałam rację! Niech to szlag! Ale dlaczego tylko tam? Dlaczego tak daleko od domu? Dlaczego wśród setek tysięcy obcych ludzi? Dlaczego w tym wszechobecnym kurzu, przy głośnej i niekoniecznie „mojej” muzyce, mogę się czuć jak u siebie? Naprawdę trafia mnie szlag, że to jedno z nielicznych takich miejsc.

Pierwsze spotkanie z Przystankiem Woodstock to rok 1999, wtedy jeszcze Żary. Miałam 17 lat, ale wiedziałam, że to moje miejsce. Kilka niestety opuściłam – 21 Woodstock był moim dziesiątym. Po trzech latach rozłąki, po trzech latach tęsknoty, wróciłam. Wiele się tam zmieniło, ale jedno pozostało – magiczna atmosfera tego miejsca. To ta atmosfera sprawia, że chcę tam wracać, że to nadal jest moje miejsce, choć już dawno przestałam być nastolatką. Przecież ja nie przepadam za ściskiem i tłumem. Kocham ciszę. Kurz we włosach, oczach, no z resztą wszędzie – nie należy do ulubionych doznań. A tak w ogóle, to jestem raczej dzikusem i jakoś nie garnę się do ludzi. No to o co chodzi?

To proste. Bo tam niczego nie muszę. Nie muszę mieć 175 cm wzrostu i reszty tych wymiarów, co to ponoć są idealne, nie muszę mieć dopracowanego makijażu, stroju i dobranej odpowiednio torebki, a trendy mogę mieć w dalekim poważaniu. Nie muszę trzymać się prosto. Nie muszę być śmiertelnie poważna i nie muszę nikomu niczego udowadniać. Dlaczego, bo nikogo nie obchodzi czym się zajmuję, czego się dorobiłam, jaka jest moja przeszłość i ile głupot zdołałam popełnić. Nikt nie ocenia mnie po tym jak wyglądam, skąd pochodzę, w co wierzę. Nikt też nie czeka na moje potknięcie i nikt mi ich nie wylicza. Tam można zrzucić wszelkie maski, które wkłada nam na twarze presja społeczna. W moich słowach, czy zachowaniach nie szuka się drugiego dna, uśmiechy są szczere i bezinteresowne. Tam nie ma  – bo tak wypada albo nie wypada. Jest życzliwość, sympatia, troska o drugiego człowieka – to wszystko w drobnych gestach, miłych słowach, uśmiechu. I nie muszę się martwić czy wstydzić, że gdzieś nie pasuję, bo tam znajdzie się skrawek miejsca dla każdego. Ja ten skrawek znalazłam.

Brud, ścisk, tłum, hałas, smród toi-toika, alkohol czy różne inne „zła” to elementy, które nie są w stanie oddać prawdy o tej imprezie. To miejsce, w którym można dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy, w tym również o sobie (np. warsztaty z zakresu psychologii). Miejsce, gdzie można poznać niesamowitych ludzi i to dosłownie wszędzie. Wystarczy się rozejrzeć i zwyczajnie do kogoś odezwać. Woodstock to miejsce, gdzie można pogadać z księdzem, oddać krew, przebadać się za darmo  – dzięki świetnej akcji #RKBN (⇐kliknij i poczytaj) skorzystałam z możliwości badania znamion dermatoskopem. Ale można też nauczyć się grać, śpiewać, tańczyć, recytować i skorzystać z wielu, naprawdę wielu przeróżnych możliwości.
Dla mnie, jest to również miejsce bezpieczne i to na tyle, że w tym roku zabraliśmy ze sobą Maluchy (o czym jeszcze napiszę). Byłam tam tyle razy i ani razu nie spotkałam się z jakąkolwiek agresją. Owszem, zdarzają się kradzieże, ale chyba nikt nie sądzi, że przy takiej masie ludzi da się ich uniknąć?
A już tak bardziej szczegółowo i subiektywnie… Dla mnie Woodstock to luz i relaks. Chwila na zaczerpnięcie oddechu i potężny zastrzyk pozytywnej energii oraz motywacji do działania.

A co najważniejsze To pewni ludzie, którzy ok. 11 lat temu przez przypadek rozłożyli swoje namioty obok naszego. Dziś (ich liczba zdążyła się nieco rozrosnąć) są nieodłącznym elementem mojej woodstockowej rzeczywistości. Ale znaczą też dla mnie wiele i wtedy, gdy po festiwalowych szaleństwach kurz już dawno opadnie. Może czasem nie potrafię tego jasno wyrazić, ale cieszę się, że jakimś cudem nasze drogi się przecięły. No i oczywiście dziękuję za wszystkie cudowne,  bardzo roześmiane (do łez, to mało powiedziane) chwile . I mam nadzieję, do zobaczenia za rok.

Bo ja tam byłam, nie raz, nie dwa… i wrócę, jeśli tylko będę miała możliwość, zawsze wrócę. Kurz i śmierdzący toy-toy nie są mi straszne. Za dużo tam znalazłam, za dużo się nauczyłam, zbyt wiele razy się śmiałam, by jakieś byle pierdoły mogły mi to odebrać. I żałuję tylko, że doba jest taka krótka, bo niemożliwością jest skorzystać z wszystkich przygotowanych dla Woodstockowiczów atrakcji w tak krótkim czasie i nacieszyć się towarzystwem ludzi, tworzących trochę zwariowaną… No dobra, bardzo zwariowaną, ale wspaniałą, najlepszą na świecie ekipę.

A kto nie był, nie widział, niech przyjedzie i sam się przekona. Jeśli to jednak zbyt dużo, to może lepiej niech żyje po swojemu i pozwoli na to innym.

Advertisements

3 comments

  1. Dziękuję za piękny opis Przystanku Woodstock, jeżdzę tam co rok, od kilku lat. To również jest moje miejsce, pozdrawiam. Dariusz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s