Komu w drogę, temu…

Chustowanie, chustonoszenie, motanie… jakby tego nie nazywać, to piękna sprawa. Bliskość matki (ojca) i dziecka. No, sama natura… Ech, gdybym i ja tak mogła. To moje myśli, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z ideą noszenia dziecka w chuście. Jak przystało na matkę niekompetentną, było to jakiś czas po urodzeniu Atopka, ale wcześniej nie miałam świadomości istnienia podobnego tematu.

W mojej rodzinie, najbliższym otoczeniu o chustach nikt nie wspominał. W moim uroczym, ale niewielkim mieście, chustowych mam jest jak na lekarstwo i jakoś żadna akurat nie rzuciła mi się wówczas w oczy (nadal z resztą się nie rzucają). I chyba nigdy nie zainteresowałabym się tym, gdyby nie program w telewizji, w którym jedna z pań trzymała swoje maleńkie dziecię w chuście właśnie.

Oczywiście zakochałam się w idei, więc przy okazji własnych imienin wymusiłam na rodzinie prezent – chustę, nie inaczej. 5 metrów pięknej, bawełnianej tkaniny spoczęło na mych rękach.

Motaj dziewczę! – krzyknęłam sobie w duchu i rozpoczęłam treningi na sucho (dla niewtajemniczonych – bez dziecka) najpierw z instrukcją z opakowania, a potem z filmikami wygrzebanymi w Internecie. Kiedy już sobie przyswoiłam jedno z wiązań (a może tylko tak mi się zdawało?), przystąpiłam do próby generalnej z udziałem Atopka. Już wtedy jasno wyrażał swoje zdanie. Stwierdził, że nie jest to odpowiedni moment, aby dać się omotać jakiejś chuście. Po kilkudziesięciu podejściach (nie jednorazowo, lecz w ciągu miesiąca) udało się wreszcie namówić go do współpracy – zamotałam, wyszłam z domu – pękałam z dumy. Po pierwsze, dlatego że wygodnie. Po drugie dlatego, że Uparciuch współpracował a podczas spaceru był niesamowicie spokojny. Po trzecie, uwierzcie, przy moim wzroście opanowanie 5 metrowej chusty to wyczyn. Radość nie trwała długo. Atopkowi się odwidziało i wszelkie próby zapakowania go w chustę, kończyły się wrzaskiem. Pożegnałam moje 5 metrów nieszczęścia i wrzuciłam na dno szafy z myślą, że może kiedyś się przyda.

Robal szybko poszedł w ślady starszego brata. Niestety, nie udało mi się zostać chustomamą. Być może byłam za mało sprawna, być może za szybko się poddałam, nie szukałam pomocy wystarczająco intensywnie… Być może zbyt szybko się poddałam, ale nie sądziłam, że można tu coś poradzić.

Nie odpuściłam tematu do końca i zaczęłam rozglądać się za nosidłem. Głównym powodem była zbyt mała liczba rąk, ale to tylko jedna z zalet noszenia dziecka (w chuście/w nosidle). Poszukiwania nie były łatwe. Najpierw, przestudiowałam ogromną ilość stron, traktujących o nosidłach i wisiadłach (np. TUTAJ czy TUTAJ . Potem pojawiła się masa wątpliwości: jaki rozmiar, czy dobry stan, czy nie podróba, kolorystyka nie bardzo,… W końcu trafiłam w miejsce stworzone przez Alcię(klik), a tam cuda. Naprawdę piękna robota. Żałuję, że nie jestem specjalnie zdolna, jeśli chodzi o komponowanie wzorów, dobieranie kolorów itd. itp. Nie dałam się specjalnie wykazać złotym rękom Alci i choć to również nie było takie proste (choroba jasna – wszystko ładne!), zdecydowałam się na nosidło gotowe – jest cudne.

(Przy okazji polecam zajrzeć na BLOG Alci, gdzie opisuje swoją podróż do Nepalu. Ja jestem tchórzem totalnym, dlatego – ode mnie pełen podziw).

nosidlo3 nosidlo4

Zanim nosidło dotarło, trochę się obawiałam, że powtórzy się historia z chustą, że się nie sprawdzi, bo jest już za późno. Na szczęście (tfu!tfu!), póki co Robal chętnie mknie przez świat na moich plecach, obserwując lub odpływając w sen. Nie mieliśmy jeszcze szansy przetestować go na długim dystansie, ale już wiem, że to strzał w dziesiątkę. Nosidło jest solidnie wykonane, wykończone w każdym calu, ładne i oryginalne. Mój kręgosłup ma szansę wreszcie trochę odpocząć, moje ręce wreszcie cieszą się wolnością, a ja nie muszę walczyć z kilometrami plączącego się materiału. Co więcej, nawet Atopkowi przypadło do gustu i chętnie pakuje się „na plecy”.

nosidlo2

Nadal uważam, że noszenie dziecka w chuście to piękna sprawa, ale jak widać, czasem nie wychodzi. Jednak gdy jest już odpowiednia pora, to nosidło też jest ok. Teraz, z Robalem na plecach, mam o wiele większy zasięg, więcej kierunków i celów stoi przed nami otworem. Aż ciężko usiedzieć w domu …

PS Jak widać na zdjęciu Atopek przekonał się do nosidła również jako ten, który nosi 🙂

Advertisements

2 comments

  1. U nas z chustą też jakoś nie wyszło, ale z nosidłem jak najbardziej. Nawet nie kupowaliśmy głębokiego wózka, bo od początku nosiliśmy Misię w nosidle

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s