Tort z galaretki

Pamiętacie urodziny Atopka z wirusem w tle? Jednym z bohaterów tamtego dnia był tort galaretowy – a raczej spontaniczne wariacje na jego temat. Jak już pisałam, moje zdolności cukiernicze nie powalają na kolana, dlatego nie widziałam sensu, aby poświęcać temu „dziełu” osobny post, ale Mężulu stwierdził, że powinnam opisać ten tort, bo może jakiś zdesperowany rodzic alergika będzie szukał inspiracji. Bez wielkiego przekonania, ale pomyślałam: Znam ten ból, więc może faktycznie, komuś się przyda. Długo nie potrafiłam się przełamać, ponieważ jakoś nie widzę siebie w roli twórcy przepisów kulinarnych czy cukierniczych. To, co powstało, trudno nazwać przepisem, ale może komuś wskaże choć kierunek.

Przechodząc do rzeczy, aby przygotować tort z galaretki potrzebne są: tortownica, dużo galaretek – w zależności od wielkości waszej formy oraz dodatki.

Wykonanie jest proste, ale trochę czasochłonne. Główna zasada, to taka, że rozpuszczamy galaretkę w wodzie, studzimy ją, przelewamy do tortownicy i odstawiamy do stężenia. W międzyczasie rozpuszczamy następną galaretkę, studzimy ją, przelewamy do tortownicy i odstawiamy do stężenia. Całość powtarzamy, aż osiągniemy oczekiwaną wysokość. Galaretki najlepiej robić wg przepisu na opakowaniu, można ewentualnie zmniejszyć trochę ilość wody (u mnie było to ok. 1,5 szklanki na galaretkę).

Nad tortem pracowałam wraz z Mężulem, a co dwie głowy to… wiadomo – zaczęły się pojawiać coraz lepsze pomysły, jak urozmaicić tego galaretowatego stwora. Z wielu niedorzecznych idei wybraliśmy kilka:

  • Walka z czasem – nie było go zbyt wiele, dlatego rozpuszczałam galaretkę w niewielkiej ilości gorącej wody (ok. ¾ szklanki), a później dolewałam chłodnej, dzięki temu szybciej można było ją włożyć do lodówki. Czekałam aż galaretka będzie zimna i wlewałam do tortownicy, po czym całość lądowała na chwilę w zamrażarce . Wszystko na wyczucie – czasem zapominam, że umiem już korzystać z zegarka.
  • Ciastka Oreo na spód – nie zawierają mleka ani jego pochodnych, ani jajek – zalewamy je galaretką ostrożnie, żeby nie zaczęły pływać, najlepiej do połowy. Kiedy galaretka stężeje, dajemy następną warstwę.
  • Brzoskwinie – kwiecień to niestety za wcześnie na świeże maliny, truskawki, jagody, ale sądzę, że świetnie się sprawdzą w roli dodatku między galaretowymi warstwami. Jeśli układacie owoce w jakieś misterne wzorki, to znów trzeba uważać, by wszystko nie zaczęło dryfować.
  • Cukrowa posypka – w szufladzie znalazłam trochę cukrowych gwiazdek. Zazwyczaj daje się je na wierzch ciasta, tu lepiej sprawdzają się w środku. Sypnęłam kilka gwiazdek między środkowe warstwy galaretki. Po zastygnięciu całości, gwiazdki nabrały trochę objętości i dały bardzo fajny efekt wizualny.
  • Pływające gruszki – ok! Wiem, że ciężko jest je dojrzeć na zdjęciach, ale to tylko dlatego, że działałam w pośpiechu. To te bliżej nieokreślone czerwone kształty, unoszące się na powierzchni tortu. Nie do końca wyszły, ale pomysł był taki: Rozpuszczamy galaretkę, w ok. szklance wody, studzimy, wlewamy do pojemniczków na lód (u nas były właśnie w kształcie gruszek) i odkładamy do stężenia. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, więc je zamroziliśmy (ale chyba zbyt krótko). Jak stężeją, wyciągamy – zamrożone trzeba od spodu potraktować gorącą wodą, to powinny łatwiej wyjść. Galaretki kładziemy na wierzchu tortu i zalewamy do połowy warstwą galaretki. Można je tak zostawić lub po zastygnięciu dolać jeszcze jedną warstwę, która zakryje te cuda całkowicie.
  • Wykończenie brzegów – jeśli o mnie chodzi, to mogłyby zostać bez niczego. Nie mieliśmy zbyt wiele możliwości. Byłam gotowa użyć szerokiej wstążki, ale chciałam, żeby całość była jadalna. Biszkopty, które ładnie prezentowałyby się jako płotek biegnący dookoła, w naszym przypadku są nie do przyjęcia z uwagi na zawartość jaj. Można też wykorzystać żelki, ale muszą być raczej spore, tak by dało się je przekroić na pół i przykleić do ścianek tortu. Myślę, że sprawdziłyby się również wiórki kokosowe, ale nie próbowałam, gdyż z kłopotu wybawił mnie Mężulu, który wpadł na pomysł, by użyć owocowych gum rozpuszczalnych w taśmach, które akurat mieliśmy na stanie. Sprawdziło się na krótką chwilę i raczej nie polecam, gdyż po kilku godzinach w lodówce, taśmy zaczynają się „pocić”, tracą kolor i smak.

Jak widać to dość luźny przepis. Można użyć galaretek w wielu kolorach i smakach albo tylko w dwóch, albo użyć jednego koloru/smaku. Można dodać owoce świeże, z puszki, bakalie, wiórki kokosowe, czekoladowe, posypki i co podpowie wyobraźnia. Być może nie jest to tort jak ze snu, ale nam smakował. Atopkowi bardzo się podobał, głównie dlatego, że był kolorowy i widział, co jest w środku. Mnie i Mężulowi dał natomiast okazję do rozruszania skostniałych zwojów wyobraźni – świetnie się bawiliśmy, wymyślając kolejne warstwy. Choć nie jest to może najzdrowszy deser, ale od czasu do czasu polecam, choćby dla dobrej zabawy.

Zobaczcie, jaki był efekt naszych zmagań (zdjęcia nieliczne, bo nie przewidziałam publikacji). Jeśli coś stworzycie, dajcie popatrzeć albo choć napiszcie o swoich pomysłach. Może macie jakieś bardziej sprawdzone metody – chętnie je wypróbuję.

tort z galaretki4

Tort z galaretki 3

tort z gakaretki2

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s