Maj – po prostu kocham

„Znów przyszedł maj, a z majem bzy…” i kwitnące kasztanowce (one jakoś zawsze zdążą na czas), i alergia, i długi weekend, i matury, i komunie, i Dzień Matki, i kolejne urodziny. To chyba jedyny miesiąc, w którym tak wiele się dzieje… ale nie dlatego ubóstwiam go ponad wszystkie inne.

Ciągle mnie to zastanawia: dlaczego tak lubię piąty miesiąc roku? Cóż w nim takiego fantastycznego? Powinnam go raczej nie cierpieć.

Zacznę od początku – wielbiony przez wielu długi weekend majowy – traktowany często jako okazja do spędzenia czasu z rodziną, wyjazdów, spotkań ze znajomymi, odpoczynku od pracy, itp. U nas wiąże się z brakiem Taty w domu i jest jednocześnie jasnym sygnałem, że nastał sezon systematycznej weekendowej nieobecności Taty (uroki pracy Mężula). Jest to stan znany wielu innym rodzinom, ale nie zmienia to faktu, że przynosi nam trochę smutnych myśli. Dla mnie ten weekend jest o tyle trudniejszy od innych jemu podobnych, że muszę przejść w tryb jedynego opiekuna dzieci. Wiadomo, z czasem wszystko się dociera, ale początki nie są łatwe i przejmowanie obowiązków należących do Mężula/Taty, nie zawsze idzie jak z płatka. Cieszę się, że w tym roku mamy to już za sobą, a ponieważ chciałabym ten wpis utrzymać w pozytywnym tonie, to nie będę się w tym temacie rozpisywać 🙂

Durgi powód, który powinien studzić mój entuzjazm majowy to alergie. Z uwagi na Atopka, alergia towarzyszy nam każdego dnia. Jednak w maju, do Atopka dołącza Mężulo, dołączam również ja, a i Robal nie pozostaje obojętny na działanie wszechobecnych pyłków. Przeistaczamy się w rodzinę kichających, załzawionych stworów. Być może spada zużycie energii, ale zdecydowanie rośnie za to zużycie wycieradeł do nosów i oczu.

Trzecia antymajowa kwestia to urodziny. Nie lubię robić szumu wokół własnej osoby. Celebrowanie „świąt własnych” jest dla mnie trudne i nie czuję się w tym zbyt komfortowo. Nie organizuję przyjęć, nie piekę tortów, najchętniej oddaję się tego dnia rutynie. Bardzo dawno temu porzuciłam dziecięcą ekscytację dniem własnych urodzin, bo przynosił on zazwyczaj więcej rozczarowań niż radości. Dziś dzień ten zazwyczaj przynosi próby bilansu, oceny i wnioski. Poza tym przypomina o upływającym szybko czasie.

Ale koniec marudzenia. Pomimo, że mam parę powodów by maja nie lubić, to absolutnie nie potrafię tego zrobić. Maj mnie urzekał, urzeka i zapewne urzekał będzie nadal. Uwielbiam patrzeć na rozkwitającą wiosnę, kwiaty w ogródkach i kwitnące drzewa. Wszechobecna i soczysta zieleń świeżej trawy i młodych liści cieszy oczy i jak to zieleń uspokaja nerwowe nastroje. Ptaki szczebioczą od rana do wieczora, a po zimowej ciszy ta ich muzyka, budzi radosny powiew myśli. I uwielbiam patrzeć na tę rozbudzoną już z zimowego letargu naturę, która żyje pełnią życia, jakby nie było żadnej zimy i jakby żadna nie miała już przyjść. I te pierwsze naprawdę ciepłe dni, kiedy słońce napełnia moje wyczerpane akumulatory. To błękitne niebo, które coraz częściej wita moje oczy z rana. Nawet gwałtowne burze potrafią mnie zachwycić (oczywiście, jeśli pozostaję w bezpiecznym miejscu). I milion słodkich kwiatowych zapachów. Mogłabym tak wymieniać bez końca. W maju po prostu wszystko ożywa, zachwyca, tryska miłością, radością i szczęściem.

Kiedyś nie byłam aż taką entuzjastką, ale wraz z przybyciem dzieci, wszystko się zmienia. Zauważam te wszystkie cuda, bo zauważają je moje dzieci i chcą, aby im tłumaczyć dlaczego te kwiatki wyrastają, a co to za ptaszek, a co to za roślinka, a jakiego koloru jest deszcz, a skąd się bierze burza, itp. Atopek rozpoczął właśnie etap „a dlaczego”. Chociaż wiem, że dla rodziców to niełatwy kawałek chleba, to cieszę się bardzo, że jego ciekawość świata wzrasta. I tak dzięki temu, wychodzimy po deszczu na spacer i obserwujemy ślimaki, albo dżdżownice. Na zwykłym spacerze zawsze przechodzimy koło tych samych ogródków, żeby sprawdzić czy wyrosły nowe roślinki, czy kwiaty już zakwitły, sprawdzamy jakie są ich kolory, liczymy ile nowych pąków. Sprawdzamy jak głębokie są kałuże (oczywiście w kaloszach), dmuchamy w dmuchawce, liczymy patyki. Natura daje milion możliwości do zabaw z dzieckiem, do tłumaczenia zjawisk zachodzących w naturze. Mój Atopek to uwielbia, jak będzie z Robalem? Tego jeszcze nie wiem, ale pewnie już niedługo się przekonam. Żałuję, że nie możemy więcej czasu spędzać na łonie natury, ale jeśli już z nią obcujemy to wykorzystujemy ten czas maksymalnie.

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s