Urodzinowy zawrót głowy

Nie dawno obchodziliśmy trzecie urodziny Atopka. Postanowiłam, iż będzie to dzień tak szczególny, że trudno będzie komukolwiek o nim zapomnieć. W końcu to pierwsze, takie bardzo już świadome urodziny. Ale jak to w życiu bywa plany swoją drogą, a życie swoją.

Bardzo mi na tym zależało, żeby to był wyjątkowy dzień dla Atopka. Pierwsze urodziny obchodziliśmy bez Taty na pokładzie. Drugie urodziny, owszem z Tatą, ale i z trzymiesięcznym wówczas Robalem. W jednym i drugim przypadku, nie byłam w stanie wspiąć się na wyżyny swoich cukierniczych i organizacyjnych możliwości, z powodu braku rąk do pomocy. Mimo to powstały wytwory, mające nawiązywać do tortów. Cukiernik ze mnie marny, a jeśli dodać do tego wymagającą dietę Atopka – bez produktów mlecznych i bez jajek – to w ogóle cud, że jakiekolwiek tortopodobne cuda powstały i były jadalne.

Powoli, od świąt do świąt, od urodzin do urodzin, moje doświadczenie rosło. Stwierdziłam, że jest prawdopodobne, iż w tym roku moje cukiernicze dzieło, rzuci na kolana wszystkich i być może nawet zyska uznanie mojej Szwagierki, która jest mistrzynią wypieków tradycyjnych.  Mój wybór padł w tym roku na tort czekoladowy z wiśniami i galaretką, w polewie czekoladowej – no po prostu pycha . Do tego miały być owsiane ciasteczka i coś bardziej wytrawnego, kanapeczki z kilkoma rodzajami past warzywnych. Miało być pysznie, zdrowo i kolorowo. Plan działań kulinarnych został opracowany z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Zakupy zrobione przy okazji zakupów przedświątecznych. Wszystko jak w zegarku.

Równocześnie, rozmyślałam nad chętnie widzianymi i  możliwymi do zaakceptowania przez Atopka atrakcjami. Stanęłam na wysokości zadania i opracowałam strategię na deszcz, słońce, śnieg i wiatr. Zaproszeni goście, potwierdzili swe przybycie. Prezenty wcześniej już obmyślone i zamówione czekały, by je zapakować. Tato, postarał się o dwadzieścia latających baloników. Jeszcze tylko lekkie porządki i będą urodziny jak z bajki. Przewidziałam wszystko…oprócz jednego.

Nie przewidziałam, że ze świątecznych wojaży, wraz z sałatką i ciastem, przywleczemy do domu wirusisko, jakich mało. W środę nieco niewyraźny stał się Robal, ale nie zanosiło się na nic poważnego, ot katarek. W czwartek Robal był już bardzo niewyraźny i właściwie wiedziałam, że bajkowo, to raczej nie będzie. W piątek wylądowaliśmy wszyscy u lekarza. Robal zawalone gardło, że hej, Atopek jeszcze w stanie niezłym, ale już z pierwszymi objawami. Wieczorem dołączył do nich Tato. Przy trzech chorych mężczyznach w domu – chyba każda kobieta to wie – niewiele da się zrobić. Gości odwołałam już w czwartek, w piątek z listy skreśliłam czekoladowe cudo i resztę przekąsek. W sobotę, jak na złość, pogoda była cudowna, jednak z wesołej rodzinnej wycieczki, zrobił się krótki spacer po osiedlu, a inne atrakcje musiały wypaść z planu bezapelacyjnie.

Myślę, że jednak dla Atopka to i tak będzie niezapomniany dzień. Pomimo wszechobecnych glutów i niekończących się prób ich wyłapania, jakimś cudem w międzyczasie, udało się nam z Mężulem stworzyć piękny, kolorowy tort z galaretek, prezenty przypadły Atopkowi do gustu, a hitem okazały się baloniki wypełnione helem. Pomimo choróbska, ten dzień był wypełniony śmiechem dzieci i naszym też, bo jeśli te dwa Bąble się śmieją, to cały świat rechocze razem z nimi.

A ja po raz kolejny przekonałam się, że nawet przy najlepszym i najbardziej przemyślanym planie, coś zawsze może pójść nie tak. Na szczęście odnalazłam w sobie jakieś stare pokłady spontaniczności, a improwizacja znów uratowała sytuację. Chyba powoli zaczynam się do tego przyzwyczajać.

 

 

 

 

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s